Twoja własna prostytutka

 

 

Piszesz trochę albo nie trochę? Będzie więc fajnie, jeśli podzielisz się swoimi pomysłami, koncepcjami, „patentami” pomagającymi wymyślać dobre, nośne historie z ciekawymi bohaterami.

Blog składa się z dwóch części. ”. Część I: Rady i propozycje dla piszących prozę. Część II: powieść w odcinkach pt. „Bukwa”.  

 

Czas

Poprzednio – o roli Bohatera. Dziś o czasie.

 

 

Palić TV

Telewizja jest jak trawka. Daje przyjemność, zabierając czas, ogłupiając, trwale zmniejszając Twoje IQ. Telewizja jest rozrywką dla mas. Telewizja wywołuje puste emocje, nie inspiruje!!! Telewizja jest dla odbiorcy, nie dla twórcy. Poważnie myślisz o swojej twórczości? Wynieś to g….o do piwnicy.

Jak szybko upływa czas, możesz się przekonać, wykonując proste zadanie. Usiądź do pisania, nastaw jakiś czasomierz, by Cię alarmował co piętnaście minut. Szybko się przekonasz, że życie składa się z krótkich kwadransów, bardzo szybko mijających, tak jak i całe to życie doczesne.

 

Nulla dies

…sine linea. Ani dnia bez kreski. Ani dnia bez jednego (chociaż) zdania. Ważna jest regularność. Dzień po napadzie szału pisania przychodzi kac: zwykle trzy czwarte tekstu wyrzucam do kosza. Z drugiej strony, jeśli czujesz, że masz dobry dzień (wieczór, poranek), wykorzystaj go, ponieważ jest to czas wyjątkowy. Godziny, w których pisze się lekko, łatwo i przyjemnie są bezcenne

 

Wydajność

Zależy od motywacji. Od młodości uważałem, że jestem w stanie napisać najwyżej jedno opowiadanie na miesiąc. Aż podpisałem umowę wydawniczą, zobowiązując się do napisania szesnastu opowiadań w niecałe pół roku. Motywacja czyni cuda. Wydajność zależy głównie od motywacji, którą należy w sobie wzbudzić, np. pisząc opowiadanie na konkretny konkurs. Dane dzieło bowiem wykonujemy w czasie, w jakim musimy. „W tym roku napiszę książkę” może oznaczać „Nigdy nie napiszę tej książki”. Najlepiej: „Do trzydziestego listopada napiszę książkę.” 

 

Szybkość

Radzę pisać szybko, zwłaszcza w dobrych dniach. Raczej nie zatrzymywać się. Zdarza się, że dochodzę do ważnej sceny, nie do końca wiem, jak powinna się rozegrać,  w głowie zaś akcja galopuje dalej. Wtedy kilkoma równoważnikami zdań opisuję scenę i „lecę” dalej. Scenę oznaczam, żeby następnego dnia, czy później, łatwo znaleźć. Dobrze też jest z tą (ważną) sceną chodzić, szukać skojarzeń, okoliczności jej rozegrania, itp.   

 

Marzenia

Marzenia demotywują. Miałem je przez lata w głowie. Są jak tłuste kotlety mielone. Bleee! Mężczyzna nie marzy, mężczyzna postanawia. Trudno być prawdziwą mężczyzną.

 

Demotywatory

Żona może demotywować, jak cholera, rodzice i rodzeństwo. Sąsiad może demotywować, gorzej, gdy to robi kumpel.

„Przestań pisać wiersze, weź się chłopie za konkretną robotę”, mówią niektórzy ludzie. Unikaj niektórych ludzi.

Dla wielu osób piszący są dziwakami. Powiedziałem znajomemu: „Wyrasta mi trzecia ręka, już widać paznokcie”. To znaczy, powiedziałem: „Podpisałem umowę na książkę.” Tylko on zareagował, jakbym oznajmił, że wyrasta mi druga głowa. Popatrzył na mnie zaniepokojony i szybko zmienił temat. Nie należy się tym przejmować i nie należy wszystkim mówić o swoim pisaniu.

 

Zadanie

Zdolności literackie są rzadko spotykanym darem-zadaniem. (Nie należy go marnować.) Za prezenty dziękuję się Darczyńcy. Nie wypada marudzić, próbować wymienić prezentu na inny, warto zaś prosić o światło, wytrwałość, powodzenie. Światło, czyli rozeznanie, co jest najważniejsze.

 

Rozeznanie

…dostałem wiele lat temu. I zmarnowałem je! Nieżyjący już znany pisarz uprzejmie przeczytał moje próby literackie (scenariusz filmowy i humoreski).

– To, do kosza – powiedział wskazując scenariusz. – A Szczawiński jest tu! – dodał machając opowiadankami, które napisałem tak sobie, jakby na marginesie.

Wskazał mi drogę!

Ja zaś zmarnowałem kilkanaście lat, pisząc koszmarne scenariusze oraz powieść, zawstydzająco nieudolną. Sam siebie ukarałem, ulegając pięknej prostytutce, która ma na imię Pycha. Pycha chętnie się do nas, piszących, przykleja. Najczęściej ubiera się w fałszywą skromność.

Pokora plus poczucie własnej wartości są bezcenne. Można ten stan osiągnąć, często poddając swoją twórczość ocenie, godząc się ze swoimi ograniczeniami i faktem, że są miliony lepszych ode mnie.

  

Przesiąknie

Rano, zamiast włączyć radio (TV już wyrzuciłeś, mam nadzieję), weź kartkę, przeczytaj kilka zdań, które wczoraj napisałeś.

– A o co tu się rozchodzi, panie Szczawiński? – spytała kiedyś pewna kobieta, przeczytawszy moje opowiadanie.

– A co się tu rozchodzi z tym porannym czytaniem?

A o to, żeby ukierunkować swoje myśli na całe przedpołudnie, swoją podświadomość, czy co tam w człowieku siedzi. Oczywiście, w pracy, w szkole człowiek nie ma głowy rozmyślać o swoim pisaniu, lecz jadąc autobusem, tramwajem, idąc przez park, siedząc w kiblu, jak najbardziej.

 

Liczenie-ćwiczenie

Takie ćwiczenie: zapisz na kartce, ile czasu poświęciłeś na pisanie w danym dniu. Odliczając wychodzenie na siusiu, patrzenie w okno, zaparzenie herbaty, sprawdzanie poczty, na rozmowę telefoniczną. Podlicz minuty na koniec.

 

 

Bukwa

 

 

Jednak po dwóch miesiącach małżeńskiego życia Stefan zrozumiał, że jego związek z Andżeliką niekoniecznie prowadzi do stworzenia rodziny prawidłowej, nawet według uproszczonego modelu Jolanty Bukwy, modelu przeznaczonego dla osób z deficytami w stopniu znacznym.

Swoje rozczarowanie szczególnie boleśnie odczuwał siedząc przed swym „Łucznikiem” i walcząc z obezwładniającym uczuciem twórczej niemocy, podczas gdy Andżelika trącała go w ramię, żeby przyniósł drewna albo zaczynała opowiadać najnowsze wydarzenia ze szkolnej kuchni.

Nie przekonał jej nagrodą w powiatowym konkursie literackim, siebie zresztą też nie. Było to stare, teraz przerobione opowiadanie o miłości. Jeszcze większy smutek go ogarnął, gdy Andżelika odmówiła udziału w uroczystości wręczenia nagród, choć na zaproszeniu napisali, że „konsumpcja obejmuje osobę towarzyszącą”.

– Andżela, mówię ci, jedź ze mną! Wyżerka będzie: flaczki, kurczak i tort. I swój ci oddam. Lubisz tort, nie?

– Za pekaes chociaż wrócą? – spytała.

 

„Słońce grzało ciepłem starego człowieka”, napisał po raz setny, westchnął i obrócił się, czując na karku czyjeś spojrzenie. Na krawędzi szafy stała do góry nogami Mucha.

– Idź na spacer – powiedziała. – Niech twoje przygnębienie wyjdzie ci piętami, a radość życia niech wejdzie przez twe nozdrza.

Mucha z satysfakcją zatarła łapki i wytargała swą czarną, wielkooką główkę.

– Weź mnie ze sobą do kieszeni. Wiesz, że jak pojechałeś do Wyszkowa po nagrodę, Jacas zaszedł do Andżeliki, twojej żony? Dwa razy?

– No i co z tego? – wzruszył ramionami. – Jacas! Gminny osiłek! Mózg wypocił na siłowni. Zaszedł… co z tego, że zaszedł. Andżela nawet nie miałaby o czym z nim gadać… o tricepsie? O jego lokach? Czy że wygląda na Włocha? Zresztą, jakiego tam Włocha! Na Cygana, co wczoraj jeździł po chałupach z patelniami.

– Rozczarowałeś ją, chłopie. To jest kobieta w sam raz dla Jacasa. Widziałam, jak wczoraj wróciłeś radosny z dyplomem, wciąż nawijałeś o tej Bukwie. Andżelę naburmuszyłeś! Bukwa zresztą też nie dla ciebie.

– Wino w pekaesie sobie wypiłem, to i humor miałem. Masz rację, pani docent Bukwa to typ naukowca, kobieta z klasą, gdzie mi tam do niej! Wyobraź sobie, że potrafi w dwóch-trzech zdaniach zarysować problem i człowiek od razu rozumie o co chodzi. Nie, nie, ona nie dla mnie. Za wysokie progi. Mogę się do niej zapisać, żeby zdiagnozowała moje małżeństwo z Andżelą. Nie przeczę, Mucha, jakieś deficyty występują, nie jest to związek do końca prawidłowy, ale docent Bukwa potrafi nie tylko postawić rozpoznanie, ale i wskazać ścieżkę naprawy. Wyobraź sobie, widziałem niejedno wdzięczne małżeństwo, które przyszło z kwiatami dziękować. No dobra, jedno małżeństwo. Ale jakie szczęśliwe!

– Ty powinieneś żyć sam, cierpieć sam i pisać sam… Mówię ci, klapki masz na oczach.

– No właśnie, gdzie jest klapka na muchy? – zażartował.

– Cham! – powiedziała Mucha i obrażona poleciała do kuchni.

– A wy kobiety wszystkie tak samo zachłanne… Nie biorę cię na żaden spacer! – powiedział kategorycznie.

Cicho zamknął drzwi, dość już miał codziennego masowania kikuta Andżelikowej nogi po każdej drzemce i wysłuchiwania, czego jeszcze nie udało mu się zrobić w domu, a o co ona prosi od tygodni. „Faktycznie, muszę naoliwić drzwi i skopać grządkę…”, pomyślał zniechęcony. „Aha, i dach załatać na drewutni. Ale jak się kurde łata dach? Jak ja nawet drabiny nie mam!”

Czując się rozpaczliwie samotny, zapragnął spotkać kobietę, najchętniej piękną, rudowłosą w długiej zielonej sukni, malująca usta jaskrawą szminką, koniecznie nieszczęśliwą, ale bogatą, która natychmiast zakochałaby się w nim do szaleństwa, a on pokochałby ją równie silnie. Uszczęśliwiona, sfinansowałaby jego udział w literackich warsztatach, które od października poprowadzi w „Hutniku” osobiście sam Mistrz Słowa. Kupiłaby im rower, dwa rowery nawet, albo składak-tandem. Jeździliby na długie spacery, ona pachniałaby później w jego wykrochmalonej na sztywno pościeli różanym mydełkiem, które w tajemnicy przed Andżeliką kupił w Peweksie za ćwierć bona i schował w drewutni, sam nie wiedząc, dlaczego. A raczej, dla kogo. Ona, wymarzona, byłaby dla niego skarbem, a on dla niej klejnotem. I do zbliżenia doszłoby między nimi dopiero po kościelnym ślubie, podczas snu.

Rozmyślaj doszedł aż do Zamyśla-Letniska, gdzie za młodym lasem sosnowym kryło się prominenckie osiedle domków letniskowych. Obok przebiegała linia kolejowa do Ostrołęki. Czerwona tarcza słońca krwawo zabarwiała chmurki-baranki, jakby składając je w ofierze nadchodzącej nocy. Wiatr ustał. Nastał moment zupełnej, przedwieczystej ciszy. Spojrzał na szyny zbiegające się w zamglonej dali i pomyślał: „Pędzimy przez życie jak spóźniony pociąg. Lecz warto czasem przystanąć na stacji refleksji”. Wyjął notesik i zapisał tę myśl. Twórcy beztrosko gubią dobre kwestie, jak dziurawy worek złote ziarna.

Podkłady pachniały rozgrzaną smołą i daleką podróżą. Boża krówka wędrowała po błękitnej szynie konformistce, zawsze przybierającej barwę nieba. Stefan, narzekając na rozstaw podkładów, ruszył nienaturalnie krótkim krokiem, jakby prowadził staruszkę pod rękę. Proste aż po horyzont szyny zaprzeczały kulistości Ziemi. Zatrzymał się, by chwilą ciszy uczcić gasnący dzień. Wiatr poruszył zbrązowiałe zeszłoroczne listki na dzikiej gruszy przy torowisku. Dwie żaby ukryły się pod liściem łopucha. Dżdżownica wysunęła się z ziemi i podglądała zielonych kochanków, gdy nagle kret odgryzł jej kawałek ogona. Jeszcze pół godziny temu, gdy spotkali się pod ziemią, grzecznie się jej ukłonił!

– Dwulicowe bydle ty!!! – zawołała za oddalającym się kretem.

Stefan zbliżał się do Czarnej Figury, zwanej też Czarną Damą, stojącej trzy kilometry od gminnego miasteczka Zamyśl, na rozstajach. Dama pochylała się w kierunku letniskowego osiedla, jakby nasłuchując dobiegających stamtąd odgłosów, a była przechylona, gdy w zeszłym roku czterech robotników przewracało ją ciągnikiem sześćdziesiątką. Lina pękła, trzech robotników poniosło śmierć na miejscu, ale jeden z nich powrócił do życia w Piramidzie wybudowanej przez Valdiego.

– Ona, ta nasza Czarna Dama świetlanej przyszłości, pochyla się nad ludzkim losem każdego z nas – powiedział Valdi podczas uroczystej sesji Rady Gminy Zamyśl. – Pójdziemy procesyjnie przeprosić ją za to, co się stało – zakończył, bo poprzedniej nocy demony nawiedziły go przed świtem, przerażony oddał mocz w pościeli.

Nikt już potem nie próbował usunąć kamiennej figury. Powiatowy konserwator zabytków sfotografował siedmiometrowy posąg, wpisując go na listę prawem chronionych zabytków. Zanotował, że „naturalistyczna rzeźba młodej kobiety o wschodnich rysach jest wartościowym dziełem sztuki, nieznanego – jak się zdaje – autora”. Konserwator nie potwierdził ponadto jakoby nocą fosforycznie świeciły jej oczy, jak donosili miejscowi. A jeśli nawet, to co z tego? Valdi, proboszcz Kościoła Uniwersalnego, powiatowa szara eminencja, zaproponował, aby Figurę nazwać „Posągiem Zwycięstwa” i corocznie składać pod nią w sześćsetlecie Zamyśla kwiaty w rocznicę jego czarnego objawienia. Valdi miał też poprowadzić wesoły, barwny korowód dziękczynienia. Jego asystent Jacas, atleta gminy Zamyśl, wysmarowany przepracowanym olejem silnikowym, dałby pokaz kulturystyczny, Stefan zaś wygłosić miał krótki rys historyczny. Stary Proboszcz zaprotestował:

– Przez Figurę manifestują swoją obecność demony!

Po złożeniu hołdu, demony zaczęły poruszać ziemią w Zamyślu. Dróżniczce, mieszkającej, opodal Figury, urodził się Ludek, który zaraz po porodzie uciekł do Puszczy. W Białymbłocie podobno powróciła zmarła przed laty znachorka. .

Valdi odrzucił protest Starego Proboszcza:

– Demony są, ale tylko te przyjazne.

Program uroczystych, lecz radosnych obchodów był bogaty. Stasiek Kulesiak przyjął zadanie wejścia do fontanny (element beztroskiej ludowej zabawy z odcieniem arystokratycznej ekstrawagancji). Fontanna była nieczynna, więc Jacas polewał Kulesiaka z drabiny konewką. Pietruszczak zapamiętał ten uroczysty dzień z najdrobniejszymi szczegółami. Wszyscy go zapamiętali, bo to wtedy właśnie umarł, a następnie ożył, Valdi.

Już ranek zapowiadał, że nie będzie to zwykły dzień: gałki oczne Figury przesuwały się raz w prawo, raz w lewo, jakby Czarna lustrowała przygotowania do swojego święta. Gdy rozpoczęły się uroczystości, minę miała skupioną, ale niezbyt zadowoloną: jej ulubieniec Valdi nie przyszedł o świcie, aby złożyć codzienny hołd. Tymczasem na placyku apelowym za budynkiem Urzędu Gminy zebrał się uroczysty tłum. Jacas na stronie ćwiczył mięsień kapturowy. W spółdzielni rozdawano po małym piwie mężczyznom i po szklance landrynowego napoju kobietom i dzieciom. Za stodołą Kulesiaka kloszard z Mławy odpłatnie pokazywał swój wędrujący od pasa łonowego aż po podgardle naczyniakomięśniakotłuszczak; jego podanie o nadanie tytułu artysty anatomicznego nie zostało jeszcze rozpoznane, a tłuszczak był bardzo żarłoczny.

Wesołej tej zabawie patronował nowo wybrany Najbogatszy Człowiek Powiatu, sędzia Pucułka oraz Lona, jego nowa żona, była świetliczanka, a następnie wiejska prostytutka pod-dźwignięta z upadku moralnego i przywrócona społeczeństwu.

Podczas uroczystości, zanim jeszcze Stasiek Kulesiak zdążył wejść do nieczynnej fontanny, przez tłum świsnęła wieść, pozostawiając czerwoną pręgę strachu: „Valdi nie żyje!!!”.

Leżał na przystanku pekaesu, stanowisko drugie, pozycja pierwsza w katalogu Köchela. Rysy jego twarzy złagodniały, policzki zaróżowiły się. Gapie zauważyli, że Valdi po śmierci ma w sobie więcej życia.

Nadjechał karawan, jeden koń kulał. Panowie we frakach i cylindrach z białymi pióropuszami przykucnęli nad zwłokami. Posterunkowy powstrzymał ich i ruchem dłoni nakazał sierżantowi, by pobiegł po lekarza. Zbyt wielu wrogów miał Valdi, może ktoś go otruł? Stary Proboszcz?

Lekarz przybył po dobrym kwadransie. Nachylił się nad Valdim, odciągnął jego powiekę. Dłoń Valdiego drgnęła, jakby czynność lekarza sprawiła mu przykrość. Lekarz nacisnął skórę na policzku, po czym poderwał się, chwycił posterunkowego za rękaw (milicjant uniósł brwi, zaskoczony poufałym gestem) i gwałtownie wypowiedział kilka zdań. Posterunkowy zbladł. W Zamyślu zapadła prawie absolutna cisza, tylko przeziębiony skowronek brzęczał wysoko. Posterunkowy, nie panując nad sobą, powiedział na głos:

– Nie żyje od roku…

Wieczorem Valdi ocknął się i wyszedł z kostnicy. Mówiono jednak, że powrócił do życia w swojej Piramidzie, dokąd zaniesiono ciało na żądanie jego żony, pięknej Eweliny.

Tymczasem Pietruszczak brnął dalej w swój terapeutyczny spacer. Nie podnosząc wzroku minął Czarną Figurę, przed którą w zeszłym roku pijany wygłupiał się z Kulesiakiem, przytulając się do Figury i wołając „Zostań moją panią!”. Po powrocie do domu z przerażeniem stwierdził, że zamiast brzęczenia wielkiej muchy z błyszczącym odwłokiem, rozumie jej mowę:

– Kocham cię! – zawołała Mucha.

To były pierwsze słowa, które od niej usłyszał. Nikomu nie zdradził, że otrzymał ten straszliwy, czarny dar piekieł.

– Stefaaaaan! – Figura brzęczała jak linia wysokiego napięcia w wilgotny dzień. – Jesteś mój, chooodź kochaaany, bo ci życie skręcę… Rooooozbieeeerz się!

Wzdrygnął się, czując demoniczne wibracje uderzające w jego ciało.

– Idź do cholery! – zawołał i ruszył wzdłuż sosnowego lasu, kryjącego luksusowe domy letniskowe, niektóre z betonowymi basenami, w większości zaniedbanymi, w których łuszczyła się olejna farba.

Wtem zobaczył idącą z przeciwka postać, i doznał przeczucia, że czeka go trudne spotkanie. Od wysokiej bramy, prowadzącej do letniskowego kompleksu, zbliżała się w jego kierunku osoba w długim płaszczu, w kapeluszu z szerokim rondem. Mężczyzna, wysoki i gruby, idąc wykonywał osobliwe ruchy – pociągał prawą nogą, która przy każdym kroku zostawała z tyłu, po czym była przestawiana przez właściciela do przodu, wtedy dołączała do niej lewa, zdrowa noga. Mężczyzna wzbudzał tumany kurzu.

Pietruszczak poczuł w swoich trzewiach podniecone oczekiwanie, jak przed pierwszą randką z piękną dziewczyną, choć, rzecz jasna, nie było w nim tu żadnego nastroju erotycznego.

Zbliżyli się do siebie na odległość kilku kroków. Stefan zatrzymał się.

„Wygląda jak pirat”, pomyślał widząc gęstą, nieuporządkowaną siwo-czarną brodę wielkiego mężczyzny.

Popatrzyli sobie w oczy. Stefan, zdziwił się, że nie speszyło go stalowe spojrzenie nieznajomego. Mężczyzna przestał na chwilę sapać i powiedział:

– Przyjdziesz do mnie za dwa miesiące, czternastego marca, to będzie czwartek, o ósmej wieczorem.

– Dobrze – odpowiedział Stefan.

– Drewniak numer trzynaście… uliczka Pachnącej Róży… naprzeciwko domu z różowym marmurem i zgniłym basenem.

– Dobrze – powtórzył Stefan.

– Nazywam się Rajzerer, jestem psychiatrą, profesorem zwyczajnym. Niepunktualnych gości tłukę kijem.

Stefan nerwowo prychnął śmiechem.

– I dlatego tak cuchnie z mojego basenu.

Profesor Rajzarer oddalił się szybko, sprawnie i płynnie przemieszczając swoją nieczynną nogę. Stefan stał chwilę zaskoczony: rozmawiali ze sobą nie otwierając ust, ani nie wydając dźwięków. W każdym razie tak mu się zdawało.

 

W tym czasie Jolanta Bukwa kończyła pisać drugi rozdział swojej pracy doktorskiej „Wzorzec rodziny prawidłowej”.

 

Późnymi wieczorami, ale bardzo nieregularnie, gdy Andżeliki nie było w domu, z Puszczy Białej przychodziła do Stefana półprzezroczysta, seledynowa Organella. Rozsnuwała się z mgły, wpływała na jego podwórko od strony drewutni i trochę zgęstniawszy, delikatnie pukała wiatrem w szybę lufcika. Raz, zobaczyłwszy ją Zocha Kulesiakowa, rozjazgotała na całą wioskę, że Pietruszczak ściąga z Puszczy zielone ścierwa, przez co jej krowa dostała zapalenia wymion, a Mruczek chodzi tyłem.

„Marzę za intensywnie. Zaczynają mi z głowy wychodzić”, pomyślał przestraszony. Pamiętał opowieść Kulesiaka jak okulawili cepem i wygnali ze wsi cwaniaka, co przyjechał schwytać do cyrku Leona, odyńca zakochanego w Organelli. Leon uniknąwszy zasadzki, mścił się potem, okrutnie kalecząc wymiona krów na pastwiskach.

 „Organellę wykasuję, nie można mnożyć postaci. Ludka na razie jeszcze zostawię”, postanowił. „Muszę mu tylko przypiłować mu ząbki. Ludek jeszcze mi podziękuje, nie będzie zębami haratał sobie wargi”.

Wieczorem odwołał jednak swoją decyzję. Organella pozostanie w powieści jego życia. Organella była cenna, ponieważ podniecała go twórczo – po jej wizycie, w ciągu jednej nocy napisał nagrodowe opowiadanie pod tytułem „Marzenia mężczyzny”.

„Gdybym uczłowieczył Organellę” – rozmarzył się. – „Może nawet Stary Proboszcz pozwoliłby mi ją za żonę wziąć… Matko moja! Co ja wygaduję, przecież jestem żonaty… żonaty… jeszcze trochę… a dalej, co ja zrobię dalej? Znów się Andżeli oświadczę? A jak mnie nie przyjmie? Będzie wstyd na całą wioskę. Tak, to całkiem prawdopodobne”, rozmyślał z nieszczerą przykrością stwierdzając, że te rozważania sprawiają mu ciepłą przyjemność. I im bardziej mu było z tego powodu przykro, tym bardziej przyjemnie.

Tej nocy trzykrotnie zdradził Andżelikę: dwa razy z Bukwą i raz z Eweliną. Z tym że z Eweliną całował się tylko w świetle księżyca pod wielkim dębem na leśnej polanie. Potem uciekał przed leśnym złodziejem, który okazał się trochę Jacasem, trochę Valdim. Sen ten wydał mu się wspaniałym materiałem na księżycowe opowiadanie, ale gdy się do końca rozbudził, wkręcił kartkę do swojego „Łucznika”, żeby zapisać swoje nocne urojenia, natychmiast zrozumiał, że nie powstanie z tego żadne księżycowe opowiadanie. I, przyrzekłszy sobie, że nigdy już nie będzie próbował przekładać swoich snów na opowiadania, wyrwał kartkę z maszyny do pisania, roztarł ją starannie w dłoniach i poszedł do drewnianej ubikacji, stojącej za krzakiem bzu, w rogu jego podwórka.

 

Nagrody wręczano w pachnącej lekką stęchlizną sali widowiskowej domu kultury „Hutnik” w Wyszkowie (województwo ostrołęckie, patronat wschodnioniemiecki).

„Jestem innym człowiekiem”, pomyślał odbierając trzecie wyróżnienie za „Marzenia mężczyzny”. W kopercie było dziesięć milionów złotych, dwa natychmiast wydał w „Blaszaku” na buty, w starych po każdym deszczu zmieniał tekturkę, ale tekturki się kończyły. Szczęściem znalazł w drewutni, w skrzyni na żywicowe polanka, zapas torebek foliowych po mleku. Nie lubił ich, bo przesuwały się i po pierwszej kałuży miał mokre skarpety. Dziś poczuł się prawdziwym mężczyzną: oto za własne, dodatkowe pieniądze, zarobione własną twórczością literacką nabył porządne, fabrycznie nowe buty. Właściwie – półbuty.

„Marzenia mężczyzny” zaczynały się srebrzyście: „Kobieta może zabić mężczyznę, pozostawiając go przy życiu.”

Była to historia młodego, utalentowanego pisarza, który osiadł na wsi i którego porzuciła żona, a przygarnęła dziwna samiczka, która pewnej nocy przychodzi z Puszczy. Stefan nazwał ją Organellą, ponieważ przez półprzezroczystą błoniastą skórę, jednak przyjemną w dotyku, mniej więcej jak pysk mopsa, widać było zarys niektórych narządów. Kiedyś, przyglądając się jej w blasku żarówki wiszącej na ganku jego białego domku rozpoznał pęcherz moczowy Organelli; zaciekawiony zerknął niżej i zawstydził się, bo Organella schwytała jego spojrzenie i zapraszająco wysunęła biodra do przodu, a jej oczy przybrały blask oczu kobiety gotowej na przyjęcie nowego życia.

„Cholera wie, co by się z tego urodziło!”, myślał przestraszony. „Wystarczy, że spłodziłem w swojej wyobraźni koszmarnego Ludka! Jak on mi się z głowy wydostanie, ludzie na wiosce obu nas zatłuką…”

Zresztą, Stary Proboszcz karcił go za samo podniecające rozmyślanie o Organelli i jej ciele (Stefan robił to przed obcowaniem z Andżeliką, aż Jacas sprzedał mu torebeczkę z pastylkami johimbiny).

Jurorka, którą właśnie porzucił Mistrz Słowa, czytając tę piękną historię romansu Organelli, romansu łagodnej leśnej demonicy z człowiekiem, płakała. Wręczając zaś kopertę popatrzyła na Pietruszczaka błyszczącymi, czarnymi oczami.

„On by człowieka uszanował”, pomyślała.

„Przepraszam jestem trochę żonaty”, odpowiedział jej spojrzeniem zbitego psa.

– Bardzo dziękuję za wyróżnienie. Będę starał się udowodnić dalszą twórczością, że zasłużyłem. Nie zawiodę zaufania fundatorów, jurorów i pani… – powiedział i zawstydził się. Powinien jeszcze dodać, że wiele zawdzięcza Partii i władzy ludowej, ale nie potrafił. Czuł poza tym, że formuła jego twórczości powoli wyczerpuje się.

 Wracając o zmierzchu do Zamyśla, patrzył przez zardzewiałą szybę autobusu na wciąż jesienny krajobraz.

„Formuła mojego małżeństwa też się wyczerpuje. Wino wypiję.”

Wysiadł przystanek wcześniej i ruszył ku domowi, zadowolony, bo w nowych, wygodnych męskich butach. Nad nim rozciągało się czerniejące, niebo podziurkowane pierwszymi gwiazdami. Wilgotny wiatr niósł zapach spleśniałego siana (krowy dawały mleko o smaku pleśni). Tumany mgły przewalały się przez szosę. Stefan z każdym oddechem wyrzucał białą plwocinę. Topole, widziane nocą w czarnym zarysie, powypuszczały zielonoblade, rachityczne listki, szumiały jesiennie smętną pieśń przemijania, teraz jakby złośliwie zatrzymanego, więc podwójnie bolesnego.

A zima tego roku wciąż nie przychodziła! Świat wpłynął w miesiąc luty nieświeżą jesienią, pokrytą białawym nalotem, pachnącą gnijącą słomą i mokrym próchnem.

Wszedł do swego białego, murowanego, dwuizbowego domku bez bieżącej wody, ułożył pieniądze na stole i, nie zapalając światła, czekał na Andżelikę. Był prawie szczęśliwy, prawie radosny, choć nie był pewien, czy tak się właśnie czuje radość. Pożałował, że nie wypił wina, które miał schowane w szopie. „Co by człowiek zrobił na tym świecie bez win!”. Ale było już za późno. Skrzypnęła furtka.

– Jesteś? – Andżelika zawołała od progu.

– Jestem, jestem. Jestem innym człowiekiem! – odkrzyknął. Jego wnętrzności wibrowały oczekiwaniem na solidarną radość Andżeliki. Oto jej mąż przynosi do domu nagrodę! Pieniężną! Nie będzie pokłosia, ale pal licho pokłosie! Zastanawiał się, czy od razu powiedzieć Andżelice drugą radosną wiadomość: teraz już prawie na pewno dostanie uprawnienia na powieść! I bez żadnej łaski: cztery ryzy papieru na miesiąc i dwie taśmy czarno-czerwone do jego „Łucznika”, plus korektor (do wyboru – w płynie lub w papierkach, Stefan wolał w płynie, bo ładnie pachniał amoniakiem). Spróbuje Andżelice wyjaśnić, że się mylił, że dalej będzie pisał: formuła jego twórczości znów się wypełnia! Pokaże nagrodowy dyplom, a ona zgodzi się na kurs u Mistrza, może będzie nawet nalegała! Zaczochra go po głowie, „mój ty pisarzu”, powie. On jej pozwoli, żeby pokazała dyplom koleżankom w szkolnej kuchni (tylko żeby nie potłuściły). Przestaną gadać, że wzięła sobie pół babę, pół chłopa, co nawet kosą nie umie robić ani konia nie zaprzęgnie, nie wie choć, co to orczyk. („A po co mi konia zaprzęgać, nawet psa nie mamy”).

– Weź ode mnie siaty… dostałam ćwierć kilo podgardlanej bezkartkowej… dwa kotlety mam, po dwa tylko wzięłyśmy, Zocha Kulesiakowa trzy, bo ma brata w szpitalu. Weź siatki… Ledwo dolazłam. Napiszesz mi później na maszynie podanie o protezę, bo ta drewniana skrzypi, Valdi zaopiniuje… tytanowa w Peweksie kosztuje tysiąc bonów… Szkoda, że matka ci już dolarów nie przysyła. Polubiałaby mnie, jakbyśmy się poznały. Co tak po ciemaku siedzisz?

Przekręciła kontakt, świetlówka w kuchniopokoju zamigotała i wystartowała ohydnie brzęcząc. Stefan nie znosił tego światła. W świetle jarzeniówki, mimo że ledwie przekroczył trzydziestkę, wyglądał na starego, zmęczonego człowieka, któremu życie się nie udało. Lub prawie nie udało.

– Tak, Andżuś, biorę siaty – powiedział czując, że miejsce dumy wypełnia rozczarowanie i chłodny smutek, czarna woda w studni.

– Wasz kontrakt ślubny się kończy! – posłyszał pachnący dobrymi papierosami i koniakiem niski, zmysłowy kobiecy głos. – Będziesz wolny.

– Kto to mówi? – Stefan stanął znieruchomiały z siatkami i rozejrzał się. – Organella, to ty? – spojrzał na lufcik, w którym często widział jej ogromne zielone oczy. Ale w lufciku odbijała się tylko ohydna jarzeniówka.

Luksusowy zapach szybko ustąpił woni ciepłych kotletów mielonych z cebulą.

Spacerująca na framudze Mucha uśmiechnęła się pod nosem: „Organusi mu się zachciało!”.

– A to ty, ja cię kiedyś cholera walnę! – powiedział do Muchy. – Musisz zmieniać głos!?

– Premia? – Zdumiona Andżelika dostrzegła wreszcie wachlarz ułożony z stutysięcznych banknotów. – Dostałeś premię? – Była bardzo zdziwiona. Dyrektorka nie dalej jak miesiąc temu powiedziała, że Stefan nigdy nie dostanie żadnej premii, a przeciwnie, będą mu potrącać z pensji za zgubione kredki.

– Mówiłem ci rano, że jadę do „Hutnika” po odbiór wyróżnienia za moje opowiadanie, nie pamiętasz? – powiedział urażony.

– Wieeeem, pamiętam. Tylko myślałam, że ci nawet za pekaes nie zwrócą, że sam dyplom dostaniesz, albo talerz…. Talerz w nagrodę raz dostałeś, nie?

– Paterę – burknął (Andżelika podstawiła paterę pod doniczkę z geranium). – I pokłosie wydali.

– Miedzianą paterę ze stylizowanym podpisem twórcy, debilico! – zaskrzeczała Mucha.

Andżelika wsunęła pieniądze pod bieliznę w szafie.

– Może starczy na opał… Ile tego?

– Dziesięć milionów… osiem… bo buty se kupiłem w „Blaszaku”. Męskie.

– Na bazarku są tańsze… To żeś z pół roku to opowiadanie pisał i poprawiał… – prychnęła. – Ja tyle za nadliczbowe dostaję miesiąc w miesiąc… No ale dobre i to – dodała.

– „Marzenia mężczyzny” napisałem w jedną noc – powiedział coraz bardziej urażony. – Bigos albo flaczki, do wyboru, z pieczywem w bufecie na koszt organizatora były, i herbata. Piwo za swoje dobrałem… – dodał hardo. – A kanapki wróciły, możesz wziąć do roboty. Jutro.

– W jedną noc! Co to za różnica? I tak jedna nagroda na rok… Aha, w Mławie dostałeś sam dyplom – Andżelika zgarnęła palcem kawałek podgardlanej z dziąseł, oblizała palec i przełknęła. – Do dzisiaj za pekaes mi nie zwróciłeś. Czterysta złotych!

– Ale pokłosie wydali – powiedział cicho.

I pomyślał: „Ona mnie zabija, zabija pozostawiając przy życiu”.

 

 

 

 

 

Bohater prosty jak cep

Piszesz trochę albo nie trochę? Będzie więc fajnie, jeśli podzielisz się swoimi pomysłami, koncepcjami, „patentami” pomagającymi wymyślać dobre, nośne historie z ciekawymi bohaterami.
Blog składa się z dwóch części. Część I: Rady i propozycje dla piszących prozę. Część II: powieść w odcinkach pt. „Bukwa”.

I
Pomysł.

Skąd wziąć pomysł na dobrą, nośną historię?
Pomysłów się nie bierze; same przychodzą.
Trzeba tylko wystawić anteny odbiorcze. Przede wszystkim patrzeć i słuchać. Historia opowiedziana przez ciotkę Ninę może być początkiem świetnej książki. Ja zaczynam od bohatera, którego widzę w jakiejś sytuacji, nawet przelotnej. Jeśli mnie poruszy, rozwijam w wyobraźni jego postać i jego historię. Jednocześnie czuję jakby smak, klimat całej historii. To jest natchnienie.
Potem następuje czas ciężkiej, świadomej pracy. Bo, jak wiadomo, na sukces składają się: zdolności (5% udziałów) i praca (reszta).

Bohater.

Gdy spotykam kogoś (w jakimś zdarzeniu), o kim zaczynam myśleć uporczywie, nagle staje się on postacią (w mojej głowie, oczywiście). Dobrze obmyślony bohater ciągnie całą historię, prowokuje zdarzenia. Ułatwia autorowi pracę. Więcej! Sprawia, że opowieść jest bardziej mięsna, prawdziwsza, a dialogi autentyczne.
Książka „Spoko! To tylko rodzinka” powstała w ten sposób, że „spotkałem” siebie w pewnej sytuacji. Kłopoty materialne, silne marzenia, złudna nadzieja na duże pieniądze i ja w środku. Jak to wszystko przerobiłem na serię (zabawnych podobno opowiadań), nie mam pojęcia. Mark Twain cierpiał na silną depresję.

Lubić!

Swojego bohatera powinno się lubić. Uważam, że powinno się lubić większość swoich postaci. W „Spoko! To tylko rodzinka” spośród dziewięciu znaczących osób, nie darzę sympatią tylko jednej, „postkomunisty” Gustka. Ktoś, recenzując „Spoko” zauważył, że w tej książce wzbudza sympatię nawet alkoholik Maniek. Mańka, przyznam, szczególnie lubię: śmieszy i wzrusza. Żałuję, że odszedł.
Jeśli autor lubi swojego bohatera, również czytelnik poczuje do niego sympatię; zainteresuje się historią, którą opowiadamy. No chyba, że opowiadamy ją wyjątkowo nieudolnie.

Bohater prosty jak cep.

Najlepiej, gdy bohater nie ma skomplikowanej osobowości. Czytelnicy lubią proste, jasne, aktywne, silne psychicznie postacie. Bo takimi chcą być. (My takimi chcemy być).
W „Spoko!” bohatera otaczają dominujące kobiety. Sam nie jest silny, ale ma potężne pragnienie, postanowienie, właściwie, które jest motorem jego działania. I ma zwariowane pomysły. Dlatego czytelnik kibicuje mu.
W „Bukwie” jest gorzej. Bohater marzy o pięknej, silnej, zamożnej kobiecie, która weźmie go na plecy i przeholuje przez życie. Twardnieje jednak pod wpływem wydarzeń. Od początku jest też nonkonformistą. Potrafi się przeciwstawić złowieszczemu Valdiemu. Bohater idący pod prąd jest bardzo pożądany. Czytelnik, czytając taką postać, odczuwa satysfakcję; ktoś wreszcie mści się za jego, czytelnika, kompromisy i upokarzające ustępstwa.
Jeśli jednak nasz bohater jest słaby, możemy pokazać, jak nabiera siły, by pokonać trudności, jak wygrywa z silniejszymi. Wydaje się to jednak ryzykowne. Zwłaszcza na początku pisania można się pogubić. Zrobiłem tak w „Bukwie”. Nie miałem wyjścia; taki bohater zjawił się w mojej głowie. Trudno.
Prosty, ale niejednoznacznie zły lub anielsko dobry. Prawdziwy! (Wg mnie historie o psychopatach są historiami osób, które autor konfrontuje z psychopatą. Osobowość psychopaty nieciekawa, bo jednoznaczna).
Opowieści o świętych, którzy od niemowlęcia składały rączki i wywracały oczy w kierunku nieba, są fałszywe i nie do czytania. Św. Franciszek tulący źwierzątka? To był facet z krwi i kości. Rezygnuje z majątku, kariery, rozbiera się w sądzie do naga. Święci nie są bezgrzeszni, ale idący właściwą drogą, tak na marginesie.
Bohater ma być prosty jak konstrukcja cepa. Cep jest prosty, ale inteligentnie wymyślony; część ruchoma musi się przy młóceniu obracać.
Mój bohater moim cepem.

Zaskoczyć.

Czytelnik uwielbia być zaskakiwany. Toteż nasz bohater może zachować się inaczej, niżby odbiorca się spodziewał. Nie jest to łatwe, ponieważ musimy uwiarygodnić takie zachowanie. Mięczak nie może ni stąd ni zowąd przywalić swojemu gnębicielowi.
Podsłuchiwać, podpatrywać
Postać mówi swoim językiem. Słuchaj, jak mówią ludzie z różnych środowisk i różnych zawodów. Nauczyciele, na przykład. Szczególnie dyrektorzy szkół, ponieważ są typami mocnymi: dominujący, ambitni. Po roku (i tylko roku) pracy w szkole rozpoznawałem nauczyciela z odległości kilkunastu metrów, ponieważ nauczyciele nie chodzą, lecz kroczą. Z czasem ta zdolność wygasła.

Zapisywać niektóre powiedzenia, zdarzenia. Inaczej nasze obserwacje pójdą na psu budę. Nie wszystko da się wymyślić. Posłyszałem w parku rozmowę dwóch lekko zawianych mężczyzn;
– Byłeś u proboszcza?
– Byłem.
– I co powiedział?
– Nic panu. k…..a, nie mogę pomóc.

Wymyśliłbyś taki dialog?

Następnym razem (6 września) powymądrzam się na nadzwyczajnie ważny temat: Jak poznać, czy mam zdolności literackie. Albo o roli czasu.

Bukwa

Opowieść fantasy w klimacie realizmu magicznego, jak zauważył Romuald Pawlak
w recenzji (obszernego fragmentu) Bukwy.

Odcinek 2.

JESIEŃ TEGO ROKU WCIĄŻ TRZYMAŁA NOCNO, mimo połowy grudnia, a do gniazda na słupie obok gospodarstwa Staśka Kulesiaka wrócił łysy bocian.
W czerwcu Stefan z wyróżnieniem zdał końcowe egzaminy w Warszawskim Wyższym Zaocznym Studium Przysposobienia Pedagogicznego dla Dorosłych.
To był jego dobry rok. Zdobył nagrodę w konkursie literacki: dyplom i pseudosecesyjny zegar w skórze. Półnaga nimfa w półśnie obejmowała ramieniem tarczę zegara. Początkowo zdawało się, że ma ona trzy piersi. Pewnego dnia dokładnie przyjrzał się postaci, stwierdzając, że trzecia pierś nie jest piersią, lecz wadą materiału. I poszedł spać. Ale przebudziwszy się nazajutrz uważnie przyjrzał się nimfie w świetle wschodzącego słońca. „Jednak trzy, wyraźnie trzy. Trzy piersi nagrodowe. Dwie i trzecia nieco mniejsza”, pomyślał i poszedł ogolić się przed spotkaniem z promotorką jego pracy, magister Jolantą Bukwą, psychologiem rodzinnym.

BUKWA TEGO DNIA NIE BYŁA W DOBRYM NASTROJU.
– Trzeba to skrócić – powiedziała oschle, zaciągnęła się i wstrzymała na chwilę haust dymu w płucach.
„Kurde, poprzednio kazała mi rozszerzyć rozdział o kredkach świecowych i podsumowanie”.
– Oczywiście, pani magister – odparł. I popatrzył na jej dwie, symetrycznie rozmieszczone zgrabne piersi. Bukwa schwyciła jego spojrzenie, więc dodał szybko:
– Poprawię na poniedziałek.
Wracając, pożyczył od nimfatycznej kioskarki z kiosku „Ruchu” szkło powiększające.
– Po co ci ono, świntuchu? – spytała się i zaśmiała.
Speszony ruszył do windy.
– Będę oglądał trzecią pierś! – krzyknął nagle odzyskując rezon i trzasnął metalowymi drzwiami.
Pod szkłem powiększającym trzecia pierś wyglądała jak przypadkowe wybrzuszenie. Po chwili Stefan stwierdził jednak, że widzi klasyczny TRZECI SUTEK Z BRODAWKĄ.
Po kilku dniach nie wytrzymał i zawołał kioskarkę. Kobieta uważnie przyjrzała się zegarowi.
– Czekaj! – powiedziała złażąc ze stołka. Wróciła po kilku minutach, trzymając w ręku ostry żółty nożyk.
– Nieeeeeee! – zawołał boleśnie, gdy jednym zdecydowanym ruchem obcięła trzecią pseudopierś zegarowej nimfy.
– Zabolało? – zaśmiała się.
– Trochę.
– Jak w życiu – powiedziała poważniejąc. – Tnij problem jednym ruchem, po męsku.
– Potrafisz tak? – spytał zdziwiony; kioskarka, rozluźniona obyczajowo, wciąż komplikowała swe erotyczne życie pozamałżeńskie.
– Nie potrafię. Ale wiem, że tak trzeba!
Wkrótce w zegarze obie wskazówki też się rozluźniły. Smętnie opadając na godzinę szóstą, znieruchomiały. Lecz zegar nadal tykał kojąco swoją nieprzerwaną pieśń przemijania, do wyczerpania baterii.
Stefan okresowo zmieniał w zegarze baterie-paluszki, przesuwał włącznik na ON i podnosząc rękę do góry, wołał:
– POSZŁO!
Co znaczyło: czas ruszył nieruchomymi wskazówkami, które zatrzymały się wraz z chorą jesienią, która tego roku zastała się na dobre trzeci już miesiąc.
Lecz co najważniejsze, Stefan pisał. I kochał swoje pisanie.
Cztery lata temu, w nagrodę za opowiadanie „Samotność”, został literatem niezawodowym z uprawnieniami na krótką prozę. Po tym sukcesie opanowała go fala twórczej impotencji. Pocieszał się, że gdy Ziemię opuści wreszcie niemoc i zima wkroczy ze śniegiem i siarczystym mrozem, jego talent zakwitnie jak srebrzyste kwiaty na zamarzniętej szybie.
„Najważniejsze, że oto zdobywam dobry zawód pedagoga świetlicy szkolnej. Chodzę twardo po ziemi, a nie jak jakiś fircyk poeta. Ze sztuki nie da się wyżyć… Mama byłaby ze mnie zadowolona”, pomyślał ze smutkiem. Gdy skończył osiem lat, matka wyjechała z kraju, oddając go do prewentorium, gdzie co tydzień odwiedzał go przestraszony życiem ojciec.
– Jak ja kocham Londyn! Będę do was codziennie pisała i co miesiąc przyjadę! – powiedziała na lotnisku i odeszła na zawsze nieumierając. Ojciec zmarł dwa lata później. Stefan co miesiąc dostawał od matki pięć funtów, wypłacane w bonach Pekao, a kiedy skończył osiemnaście lat – matka kupiła kawalerkę w wieżowcu Za Żelazną Bramą, w której zamieszkał. I czekał. Raz napisał rozpaczliwie, „Mamo, wróć do mnie!”. Nie otrzymawszy odpowiedzi, domyślił się, że przesyłce coś się po drodze przytrafiło. „Cenzura zatrzymała”, pomyślał. „Albo listonosz upuścił list w błoto przed jej domem w Kew i wyrzucił, żeby nie mieć kłopotów. Po co komu kłopoty?”. Stefan był pewien, że zaszła jedna z tych okoliczności. Od tej pory, aby wykluczyć tę pierwszą, pisywał tylko optymistyczne listy. „Na kartki mamy coraz wyższe przydziały, tak że wiele mięsa zostaje mi na następny miesiąc, a cukru mam nawet za dużo.” Matka odpisała, żeby nie był durniem, jak jego ojciec, i żeby się zapisał do Partii. „Tatuś się nie zapisał, choć obiecali, że jak wstąpi do Partii, będzie mógł odwiedzić mamę w Londynie”.
Stefan regularnie odwiedzał szkolną świetlicę we wsi Zamyśl, powiat Wyszków, województwo ostrołęckie, obszar wschodnioniemiecki. Opisywał i analizował dziecięce rysunki, wykonane kredkami świecowymi.
– Tu pisze „wróć do mnie”! – ostrzegła go Lona, świetliczanka z Zamyśla, podając Stefanowi kolorowe rysunki. – Wszystkie prace mają wrócić do mnie! Dzieci trzeba kochać! – dodała.
– Oczywiście – odpowiadał lekko speszony Stefan.
– Odpowiadam za nie!
– Oczywiście, oczywiście – potwierdzał.
– Każdą jedną pracę wpisuję pod numerem do dziennika!
– Wiem, widziałem, jak pani rejestruje.
– No, dobrze – świetliczanka Lona powiedziała ukontentowana. I pomyślała: „Miastowy, niech sobie nie myśli!”.
– I niech pan sobie nie myśli! – powiedziała na głos. – Miastowy.
– Jasne – odpowiedział. – Po co mi.
– No! – zakończyła zadowolona.
Do świetlicy coraz częściej zaglądała Andżelika, kucharka szkolnej stołówki, kulejąca z powodu protezy. Prawą nogę straciła w kieracie, gdy spłoszony koń powlókł ją wkoło trzy razy. Wysoka, żylasta, o urodzie Indianki, mieszkała na skraju Puszczy w drewnianej chałupce – z kozą, psem, dwoma kotami i kurami. Stefan od razu jej się spodobał, choć żałowała, że nie jest trochę wyższy. Przynosiła ze stołówki niesłodką zimną kawę zbożową, a potem drugie danie, zwykle kotlety mielone.
– Pan redaktor z drogi, głodny… Wszystko drogie, CENY ROSNĄ… a człowiek chciałby pożyć…
Stefan nie zauważał jej matrymonialnego zainteresowania. Aż świetliczanka Lona z błyskiem w oku zawołała:
– Ło, Andżela leci na ciebie, chłopie, uważaj, ona ma w sobie KOGUTA!
– A ja jestem szczawny lis! – zaśmiał się hałaśliwie: w cuchnącej lizolem ubikacji wypił dziś pół butelki wina truskawkowego o smaku poziomkowym. I pomyślał, że może ona zakochała się w nim, ta Andżelika z leśnego plemienia? Niepokoiła go myśl, że ich ewentualny związek nie byłby w wiosce dobrze przyjęty. „Nie wystarczy, że jestem szczwany. Będę silny i brutalny jak niedźwiedź. Na wsi taka siła z czasem sama przychodzi”.
Następnego dnia, po ostatniej już NAUKOWEJ DELEGACJI, jak mawiała magister Jolanta Bukwa, promotorka jego pracy dyplomowej, Stefan Pietruszczak siedział przed ulubionym „Łucznikiem” z zacinającymi się dwoma klawiszami („ą” i „ś”), przepisując na czysto swoją „Tematykę prac plastycznych” w pięciu egzemplarzach (dwa na papierze, trzy na przebitce). Za oknem szumiał deszcz i coraz bliżej grzmiało. W kawalerce czuł się bezpieczny, jakby otulony kołdrą przez troskliwą matkę. Prawie wszystkie meble kupił w renomowanym sklepie z przedmiotami używanymi, oprócz politurowanej szafy, która została po babci, oraz stołu, który przyniósł ze śmietnika.
– Dbaj o szafę – przykazała matka. – Nie czyść jej, jak idiota, wodą z proszkiem. To jedyne, co lubię w tym zakichanym świecie.
Gdy wkręcił kartki ostatniej strony „Wprowadzenia”, przełożone czterema kalkami, POMYŚLAŁ O BUKWIE. Zauważywszy, że Bukwa nie ma obrączki, postanowił „uważać z oczami”. „Nie będę się wgapiać w jej śliczne, sterczące małe piersi pod białą, krochmaloną lekko bluzką… Tylko czemu rozpina jeden guzik więcej?”.
W przedpokoju odezwał się nagle gong. GONG kupił za półtora dolarowego bona w Peweksie. Chciał, żeby matce spodobał się jego szlachetny dźwięk, gdy pewnego dnia niespodziewanie zadzwoni do jego drzwi.
Dzwonek dzwonił urywkiem „Dla Elizy”.
– Chwileczkę! – zawołał zaniepokojony. Nie miał znajomych; ostatnią gością, która go odwiedziła, była kioskarka. Wypchnął ją prawie za drzwi, gdy napierała na niego wielkim swym biustem. Stefan nie był impotentem, kioskarka bardzo mu się podobała, ale stanął mu przed oczami jej mąż, którego spoconą, czasem pokrwawioną twarz znał z bokserskich transmisji.
– Szkoda, że twój chłop nie jest kolarzem – powiedział zamykając wówczas za nią drzwi. Lubił oglądać wyścigi kolarskie, najbardziej Wyścig Pokoju. Szczupli zawodnicy nie wyglądali groźnie.
GONG znów zadzwonił.
– Jiiidę! – zawołał, naśladując, nie wiadomo dlaczego, Andżelikę.
Nie znalazłszy drugiego klapka, poszedł do przedpokoju w starannie zacerowanych skarpetkach.
W drzwiach stał wysoki mężczyzna w kapeluszu z wąskim rondem, jakie Stefan widział na czarno-białych filmach Hitchcocka, długim płaszczu, z cienką elegancką teczką. Mężczyzna powiedział, że jest pełnomocnikiem jego matki. „Mama nie żyje!”, pomyślał Stefan gwałtownie. „A tyle miałem jej do przebaczenia! Żegnaj, mamo!”.
– Pańska matka zleciła mi sprzedaż zajmowanego przez pana lokalu – wyjaśnił mecenas. Mecenas peszył Stefana swoim obyciem, zapachem Black Labela, a szczególnie – lekceważącym nazwaniem ukochanej kawalerki „lokalem”. Na musze, spacerującej po karniszu, niespodziewany gość również nie wywarł najlepszego wrażenia (innych zwierząt, od czasu śmierci ukochanego chomika w prewentorium, Stefan nie miał).
– Jest klient zainteresowany nabyciem, proszę opróżnić lokal w terminie dwóch tygodni, to jest czternastu dni roboczych. Proszę przeczytać i podpisać.
– Nic nie widzę… – powiedział Stefan.
– Może moje… – mecenas podał Stefanowi swoje okulary z lekkim zniecierpliwieniem wypuszczając powietrze przez nos.
– Z nerwów nic nie widzę.
Pietruszczak podpisał dokumenty, stawiając parafkę na każdej kartce, u dołu, po stronie prawej. Był zrozpaczony, a jednocześnie dumny, że parafuje swoim podpisem bardzo wielką transakcję.
– Musi pan założyć KONTO, otrzyma pan dwadzieścia pięć procent wartości sprzedażnej lokalu. Aha, pańska matka przysyła panu czekoladki – powiedział i położył na krześle pudełko luksusowych czekoladek w kształcie owoców morza.
– Aha… a gdzie się zakłada konto?
– Większość osób robi to w banku. W okienkach siedzą urzędnicy, oni pana poinstruują, ponieważ im za to płacimy, do widzenia panu – powiedział z kulturalnie chłodnym dystansem.
– Kłaniam się! – zawołał Stefan zamykając drzwi.
„Ale kurwa!”, pomyślał mecenas wkładając do zamka windy płaski, mosiężny, wykonany na zamówienie uniwersalny klucz. „Powiem jej, że syn zażądał połowy; ojciec chłopaka nie żyje, rodzeństwa brak”. W windzie zapach spalenizny i weschniętego w podłogę moczu ludzkiego zmieszał się z zapachem wielkiego świata. „A zresztą, co to mnie obchodzi”, wzruszył ramionami.
Stefan, nie mogąc opanować coraz gwałtowniejszego drżenia rąk, patrzył z wysokości dwunastego piętra na DRZEWA Parku Saskiego. Stały nieruchomo jak zielone, nieczułe kule, a w nim szalały rozpacz i rozczarowanie, przechodząc w niebezpieczne uczucie, że to już koniec. „Mama mnie eksmituje… usunęła mnie z wnętrza swego domu…”. Westchnął głęboko.
W Zamyślu Czarna Dama zaczęła brzęczeć jak przewody wysokiego napięcia w wilgotny dzień i szybko wpadła w rezonans z rozpaczą Stefana: „Nikt cię już nie kocha… matka cię wyrzuciła z serca, bo z łona jej się nie udało… Bóg patrzy chłodem… też cię nie kocha… nie milczałby, gdyby cię choć trochę kochał… Chodźże do mnie…”.
„Chyba już nie dam rady…”, pomyślał otwierając okno. „Przepraszam, chyba nie dam rady…”. W tym momencie powietrze wokół Stefana zaczęło gęstnieć, jego stopy oderwały się na kilka centymetrów od podłogi i Ktoś przytulił go do swojego serca, wlewając w niego potężnie łagodną dobroć i czystą miłość. Natychmiast wielki pokój zawładnął Stefanem. Poczuł się kochany bez granic.
– Znów musiałaś Pani przyjść? – spytał uśmiechając się i wycierając w nos w rękaw. – No pękłem, przepraszam, dziękuję… Przepraszam, wiem, że zawsze jesteś… Zobaczę Cię kiedyś? Pewnie, że zobaczę. Gdy umrę, będziesz mnie witać, i będzie mama i tata będzie…
Rano Stefan zapakował swoją pracę dyplomową do ortalionowej teczki, którą znalazł w tramwaju z zasuszoną żabą w środku, i pojechał do Studium Przysposobienia Pedagogicznego. Jolanta Bukwa bez słowa wzięła papiery.
– Pozwoli pan? – spytała wyjmując „Extra Mocnego”. Urwała ustnik papierosa i zapaliła puszczając kłąb dymu pod sufit swojego gabinetu.
– To wszystko? Cała praca?
– Tak, pani magister – odpowiedział.
– No dobrze. Spotykamy się na obronie… proszę się dobrze przygotować, nie mam teraz czasu na poprawki, pracuję nad rodziną prawidłową…
– Słucham?
– Doktoratem – wyjaśniła szybko.
– Aha, tak, przygotuję się i dziękuję za wszystko, pani docent – odpowiedział, kładąc niezgrabnym ruchem na blacie jej biurka pudełko czekoladek w kształcie owoców morza.
– Dziękuję – powiedziała, zmarszczyła się jak buldog i zdusiła niedopałek w popielniczce, na którą Stefan spojrzał z dziecinnym zainteresowaniem. Nigdy jeszcze nie widział takiego urządzenia. Otóż, po zgaszeniu niedopałka Bukwa wcisnęła sterczącą czarną ebonitową gałkę, która spowodowała gwałtowny ruch obrotowy kółka z blachy, na którym była zgasiła papierosa, i niedopałek w przedziwny sposób zniknął wewnątrz popielniczki.
– Coś jeszcze? – spytała zapalając następnego papierosa (Stefan zauważył, że tym razem nie urwała ustnika. „Ustnik urywam u co drugiego”, wyjaśniła mu jakiś czas później).
Wracając do domu, zajrzał do skrzynki. „List!… Od mamy!?”, poczuł nieprzyjemne ukłucie. „Cholera, nie wiadomo od kiedy tam leży, a mama czeka! Wyślę odpowiedź pocztą lotniczą, choćby nie wiem ile kosztowała!”. Gdzieś daleko w jelitach poczuł nadzieję, że mama zaprasza go do Londynu. „Bzdura! Ona przecież wie, że nie daliby paszportu!”, pomyślał prawie na głos. Uspokoił się, gdy na lastrykową podłogę holu wypadła niebieska koperta zaadresowana czarnym długopisem.
– Halo, Stefuś, co tam… od narzeczonej? – zapytała nimfatyczna kioskarka przez okienko swej dziupli. – Nie bój, nie bój, nie jestem zazdrosna.
Stefan odwrócił kopertę: „Nadawca: Andżelika Sioło, 07-221 Zamyśl, ul. Pod Lasem 1”. Uśmiechnął się: w Zamyślu nie było takiej ulicy ani numeru domu. Andżelika, mieszkająca na skraju Puszczy, poczuła, że nie może wysłać do miasta listu z samym tylko jej nazwiskiem i samą nazwą miejscowości w nadawcy.
– Stefan, cho no tu… – kioskarka wychyliła się ze swej dziupli.
Podszedł do kiosku.
– Jutro rzucą szampony. Dwulitrowe „Familijne”. Odłożę dla ciebie ze dwie butle, ale przyjdź pojutrze, bo emerytki pilnują towaru… Słuchaj, pożyczyłbyś mi mieszkania, no, jakbym chciała się z kimś spotkać? Co?
– A twój mąż strąci mi łeb z karku?… Dziękuję bardzo! – zaśmiał się Stefan i wcisnął przycisk windy.
– Co ty! Rzuciłabym ci ręcznik – zażartowała.
W liście Andżelika, dziękując za romantyczny spacer wzdłuż torów, pisała, że zawsze mijając Czarna Figurę wspomina ich krótką znajomość, że na zawsze zachowa Stefana w swej pamięci i nie tylko, że przeprasza, że tak się zachowała na Suchej Polanie, ale kobieta ma różne dni, a ona miała właśnie ten, a z nowości: Lona świetliczanka została upadłą kobietą, stoi przy szosie koło zajazdu „Borowik” jako przydróżka, pewnie wyjdzie za sędziego Pucułkę, bo on się rozwiódł ze swoją żoną dziesięć lat starszą. Sędziego wybiorą NAJBOGATSZYM CZŁOWIEKIEM POWIATU w nagrodę, że pod-dźwignie z upadku Lonę i przywróci ją do społeczeństwa. Świetliczanka Lona odeszła ze szkoły, więc miejsce na świetlicy się zwolnia, jakby Stefan przypadkiem chciał, to ona pogada z dyrektorką, której do domu nosi kotlety, bo przecież Stefan sam mówił, że może na wsi żyć, więc od razu miałby robotę świetlicowego.
Stefan schował list do szafy, wsunąwszy kopertę pod niezdarnie poskładane prześcieradła, włożył swoją ulubioną koszulę wypuszczaną na spodnie, która maskowała wypukły brzuch, skracając jednak jego i tak przykrótkie nogi, i z nadzieją na nowe życie, pojechał na Dworzec PKS Stadion, gdzie wsiadł do pękatej przyczepy pękatego jelcza.
MIESIĄC PÓŹNIEJ w Sali Ślubów Zamyślańskiego Urzędu Gminy ceremoniariuszka dotknęła ceremoniałem prawego ramienia Stefana i zapytała:
– Czy ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską na czas określony, to jest do północy pierwszego marca roku urzędowego 1991?
– Na zawsze! – zawołał.
Ceremoniariuszka uśmiechnęła się łagodnie i wyjaśniła:
– Młody człowieku… dla pierwszego związku ustawodawca przewidział określony okres pożycia.
Świadkami na ich ślubie był Stasiek Kulesiak, którego Pietruszczak zapoznał był na piwie pod spółdzielnią w Zamyślu, i żona Staśka Kulesiaka, gburowata Zocha Kulesiak. Oni też pomogli przeprowadzić się Andżelice do białoniebieskiego domku, który Stefan kupił w Zamyślu za pieniądze z kawalerki.
Szybko polubił swój niebieskobiały domek, dwuizbowy. Jeden pokój pozostawił nieużywany, do drugiego wchodziło się przez zadaszony ganek, sień, pachnącą kiełkującymi ziemniakami, i przez kuchnię z kaflową kuchnią i wielkim okapem. W pokoju tym zmieściły się akuratnie: politurowana, masywna szafa babci ze skrzypiącymi drzwiami, tapczan dwuosobowy, stół składany, dwa krzesła i stołek, szafka na książki z wnęką na telewizor, drzewko szczęścia na pamiątkę od nimfatycznej kioskarki. Okno pokoju wychodziło na szosę, okno kuchni, z lufcikiem, przez który zaglądała czasem półprzezroczysta Organella – na łąki i Puszczę. Za sąsiadów Stefan miał Staśka Kulesiaka i jego żonę, Zofię.
„Jestem nareszcie u siebie”, myślał Stefan, gdy siedział i patrzył na grudniowy, a wciąż jesienny krajobraz. Andżelika okazała się doskonałą gospodynią, Pietruszczak chodził w doprasowanym ubraniu, ostrzyżony, a bielizna w szafie była równo złożona.
Cdn. 6 września

BUKWA. Zaczynam od bohatera

Piszesz trochę albo nie trochę? Będzie więc fajnie, jeśli podzielisz się swoimi pomysłami, koncepcjami, „patentami” pomagającymi wymyślać dobre, nośne historie z ciekawymi bohaterami. I komentarzami na temat moich pomysłów.

Blog składa się z dwóch części. Część I: czego sam się nauczyłem i czego mnie nauczono. Część II: mikropowieść w odcinkach pt. „Bukwa”.

 

Od czego zacząć pisanie opowiadania? Skąd czerpać pomysły?
Metody są różne.
Ja zaczynam pisać od bohatera, którego najpierw muszę spotkać w „realu”. On tworzy klimat opowiadania. Bohatera „Bukwy”, Stefana Pietruszczaka spotkałem, a raczej zobaczyłem, w tramwaju. Próbował prowadzić swobodną rozmowę z atrakcyjną, rudą dziewczyną. Zwróciłem na niego uwagę, ponieważ był speszony i taki jakiś rozbity. Zrobiło mi się jego żal (zobaczyłem siebie?)

Uczeni w pisaniu radzą bohatera bardzo dobrze wymyślić, ze szczegółami. Znać historię jego życia, rodzinę, zainteresowania, lęki, słabości i tak dalej, wszystko. To prawda!

Ale ja najpierw swojego bohatera muszę zobaczyć i poczuć. Oczywiście, później dopowiadam sobie dlaczego, na przykład, jest on religijny albo niereliginy, nieśmiały albo chamowaty (może chamowaty bo nieśmiały?), jakie było jego dzieciństwo, itd. Stefanowi Pietruszczakowi, na przykład, nie wychodzi z kobietami, ponieważ ma poczucie małej wartości; ma psychopatyczną matkę, która go w dzieciństwie porzuciła.

Stefana, jak wspomniałem, zobaczyłem kiedyś w tramwaju.

Jechał ze śliczną, piersiastą rudą dziewczyną. Fizycznie podobny do mnie. Spodnie niebieskie, brązowa spłowiała kurteczka, podniszczone buty dobrze wypastowane. Przysadzisty, z początkami nadwagi. Oparł się łokciem i tokował:

– Wchodzę w oenzetowski program badania rodziny polskiej. Przeprowadzę badania nad populacją tysiąca dwustu rodzin w całym kraju.

„Bidak!”, pomyślałem i przyjrzałem się jego twarzy. Policzki zaczerwienione. W oczach pragnienie zdobycia tej dziewczyny. I całkowity brak wiary, że to się uda. Miał to wypisane na twarzy.

Ruda słuchała uprzejmie. Wysiadła, właściwie wyskoczyła, przy Placu Zbawiciela. Drzwi się zamknęły. On ugiął lekko nogi, żeby lepiej ją widzieć przez małe, podrdzewiałe szybki w drzwiach tramwaju. Pewnie chciał jej pomachać. Dziewczyna lekkim krokiem podeszła do przejścia dla pieszych i, rozejrzawszy się, szybko przeszła na czerwonym świetle.

Tramwaj ruszył i gwałtownie zatrzymał się. Z garażu Straży Pożarnej przy ul. Polnej wyjechał na sygnale wóz bojowy, drugi za nim z długą drabiną. Pech, jak cholera pech.

Przez te cholerne wozy zobaczył to, czego nie powinien. Dziewczyna skręciła bowiem w ulicę Mokotowską, a tam, zaraz za rogiem, czekał na nią chłopak. Rozpostarł ręce, ona przytuliła się, wdzięcznie uginając lewą tylną nogę.*

Bidak (nadałem mu imię Stefan) gdy to zobaczył, oniemiał. Tramwaj ruszając szarpnął, on uderzył się w łokieć. Patrzyłem na „Stefana” kątem oka, udając że czytam „Wyciąg z regulaminu”. Mam szerokie pole widzenia; to ważne dla piszącego, trzeba podglądać (i podsłuchiwać) osoby w miejscach publicznych.

Stefan spocił się ze zdenerwowania. Do oczu napłynęły łzy, przyciął wargę zębami.
Wysiadłem przy Zespołach Filmowych (gdzie byłem uprzejmy uczęszczać do Studium Scenariuszowego) i od razu chłonąłem go w siebie.

Chodziłem z nim następnie parę tygodni, wymyślając mu nowe życie.

Stefan nie nadawał się na atrakcyjnego bohatera książki, który, pokonując przeszkody, prze ku celowi. Ale zżyłem się z nim, więc został. I zaczął mężnieć.

Nazwałem go Stefanem Pietruszczakiem.

Trochę inaczej wymyślił mi się bohater książki „Spoko! To tylko rodzinka” (wyd. Kefas, 2011), który ma na imię Augustyn. Augustyn powstał dzięki prospektowi sklepu ogrodniczego, który wjąłem ze swojej skrzynki.
W prospekcie zachęcali mniej więcej tak: zamów coś za dwie stówy, wygrasz BMW.
Dla podniety załączyli kluczyk do stacyjki.

Byłem wtedy bardzo bezrobotny.

I zacząłem fantazjować, co bym z tego prospektu kupił, gdybym miał pieniądze, i co bym zrobił po sprzedaniu wygranego BMW.

Nagle coś we mnie powiedziało „To pomysł na humoreskę”. I napisałem kilka pogodnych, refleksyjnych, miejscami śmiesznych opowiadań o sobie, czyli o braku pieniędzy, o marzeniach, o dominujących kobietach dookoła świata.

Cdn.: 31 sierpnia + kilka przydatnych, jak sądzę, uwag o tworzeniu bohatera

Bukwa

 Opowieść fantasy w klimacie realizmu magicznego, jak był zauważył Romuald Pawlak

w recenzji (obszernego fragmentu) Bukwy.

 

Prolog

 

Stefan Pietruszczak zalecał się w tramwaju do rudej dziewczyny z piersiami.

Wchłonąłem go i wysiadłem. Od razu zabolał mnie brzuch.

Gość okazał się ciężkostrawnym problemem. Jego problem polegał na tym, że się dobrze zapowiada.

Dobrze się zapowiada od drugiej klasy liceum, gdy wygrał szkolny konkurs na opowiadanie.

Ma 31 lat.

Od czasu do czasu dostaje jakieś wyróżnienie, czasem drugą lub trzecią nagrodę. Jurorzy dostrzegają bowiem w jego opowiadaniach coś, co każe im wyróżnić „młodego – jak sądzą – dobrze zapowiadającego się autora”.

– Może jeszcze formalnie nieporadne, ale jest w tym opowiadaniu jakieś jądro… dajmy mu drugą nagrodę. Co? Za dużo? Trzecią? No dobra, pierwsze wyróżnienie i zegar, proponuję ostatecznie.

Pierwsze wyróżnienie i pseudosecesyjny skórzany zegar Stefan otrzymał za opowiadanie o miłości. Opowiadanie zaczynało się słowami:

„Kobieta może zabić mężczyznę, pozostawiając go przy życiu”.

Na zegarze półnaga nimfa z rozpuszczonymi włosami obejmowała tarczę zegarową. Stefan od razu zauważył, że nimfa ma trzy piersi. Usiadł z dyplomem, kopertą i zegarem i zapatrzył się na trzeci pseudosutek. Nagrodowy zegar powiesił w swojej ukochanej kawalerce, siebie próbował nieco później.

Stefan, jak wspomniałem, ma trzydzieści jeden lat. Ostatnie urodziny urządził w ten sposób, że kupił sobie butelkę wina, krakersy, ciastko wuzetkę, suchą kiełbasę myśliwską luksusową, włączył Pink Floydów. Na stoliku postawił kartkę z życzeniami od mamy z Londynu. Mama nie zapomina o jego urodzinach, odkąd go porzuciła, gdy miał dziesięć lat.

Monoimpreza trwała krótko. Stefan wypił pół butelki „Fatimy”, zapłakał i poszedł spać.

Ostatnio nie dosypia, ponieważ kończy pisać pracę dyplomową w Zaocznym Studium Pedagogicznym. Pisze i wciąż poprawia. Zależy mu na opinii małopierśniej promotorki, która prowadzi badania naukowe.

Stefan musi dostać kopa życiowego; i na to się szczęśliwie zanosi. Nogą  gotową do wymierzenia kopniaka już widzę: jest to bezłydkowa noga jego promotorki, dwa lata starszej, Jolanty Bukwy.

Bukwa lekko zaciąga (jest z Białegostoku). Studiowała rusycystykę, przeniosła się na psychologię. Jest samotną panną. Pisze pracę doktorską pod tytułem „Współczesny wzorzec rodziny prawidłowej.” Uważa, że Stefan dobrze się zapowiada.

 

Stefan jeździ  dwa razy w miesiącu do świetlicy wiejskiej szkoły w Zamyślu. Zbiera materiały do pracy dyplomowej. Zamyśl leży województwie ostrołęckim. Zamyśl, bardzo ważna wieś „na mapie życia” Pietruszczaka. Tam poznał „mapę ciała” Jolanty Bukwy, teoretyka życia rodzinnego. Do poznania doszło na Suchej Polanie pod wielkim dębem. Świadkami byli: polna mysz (ubawiona uciekła do norki) oraz dzięcioł (podglądał ich nie przerywając stukania).

 

„Kaszanka ciężkie sny przynosi. Śnię, że śnię. Śnię, że się budzę, a dalej śnię. Bez sensu”, pomyślał Stefan Pietruszczak stojąc na dworcu PKS Warszawa Stadion, na stanowisku pierwszym, dla autobusów do Wyszkowa i Zamyśla.

W ustach trzymał „Carmena”. Bezkartkowy, podwójnie długi papieros zwisał mu z ust. Z przeciwnego przystanku obserwowali go wiejscy podróżnicy. Stefan wciągnął brzuch.

„Gapcie się, gapcie, statyści mego życia! Świat to ja!”, pomyślał do nich. „Manekiny ludzkie!”.

Postaci z tego świata rozpatrywały go, patrząc na jego spękane, wypolerowane buty. Przesuwali w górę wzrok, łaskocząc spojrzeniami jego uda, ślizgali się po spłowiałej brązowej kurtce. Patrzyli na rzednące włosy, na koniec zaglądając w oczy.

„Macacze wzroczni, kurwa – pomyślał.

– Nieee klnij, Steeefuś – poprosiła kioskarka z jego bloku „Za Żelazną Bramą”, czterdziestodwuletnia wówczas, pulchna rudowłosa nimfomanka w zielonej sukience. – Wiesz, że masz spojrzenie dobrego człowieka? Ty kobiety nie ukrzywdzisz.

– Oj kochana, nie wiesz jaki ze mnie szczwany lis! – odpowiedział, patrząc na nią przeciągle i zmysłowo, po czym odwrócił się, wcisnął nadpalony przycisk windy, wsiadł i odjechał (mąż kioskarki jest bokserem).

– Powróżyć?

Stefan drgnął.

Obok stała przysadzista, brązowooka Cyganka.

„A niech wróży!”, ucieszył się, nieśmiało przeczuwając wielkie szczęście: może mama wróci z Londynu?

I natychmiast zrezygnował.

– Nieee, dziękuję.

Jeśli zapłaci za wróżenie, zabraknie mu na piwo w Zamyślu. Lubiał stanąć sobie w Zamyślu pod spółdzielnią i pić wodniste, mocne męskie „Nadbużańskie”, pogadując z rolnikami, że tak źle jeszcze nie było, jesień nie ustępuje, siano stoi w stogach jak przekładaniec – mokre warstwy przełożone szarą pleśnią.

Tak jest!, Stefan wiele lubił w swoim życiu, ale pić piwo na wsi lubiał.

– Chodźże na bok! – odezwała się Cyganka.

– Nie, nie. Nieee mam kaaasy – machnął niezgrabnie ręką.

Kasy!… Mamusia nie byłaby zadowolona z mojego słownictwa. Klasy mi brakuje! Prowincjusz z Warszawy jestem. Nie pojadę do Londynu, nigdy. Wstyd! „To jest mój syn Stefan”, powiedziałaby mama w towarzystwie. A ja uciekałbym wzrokiem, a oni by patrzyli.

„A co on w Polsce robi?”, by spytali.

„A kredki rozdaje w świetlicy”, powiedziałaby mama.

– Ahaaa – by odpowiedzieli.

I nie wiedząc, o co jeszcze zapytać, zamilkliby na jedną chwilę. Może by wiedzieli, bo tam są bardzo kulturalni Anglicy, i ktoś by zawołał:

– Dobrze się zapowiada młody człowiek!…

– Jest w tym świetny – odpowiedziałaby mama. – Jedenaście lat już się zapowiada.

– A na co pieniądze?!… – zawołała Cyganka. – Połóż mi na dłoni sto tysięcy. Zaraz ci oddam. Masz setkę?… Co? A pięćdziesiątkę?

– E tam – odpowiedział Stefan i zrobił dwa kroki w stronę kiosku „Ruchu”. „Muszę ją spławić… gapią się”.

– Na rękę połóż banknot, nie monetę. Moneta: nieszczęście dla ciebie i twojej rodziny… oooddam ci. No co. Boooisz się? W leeesie jesteś? – namawiała go, przeciągając samogłoski.

Stefan spojrzał na zegarek i, udając że sobie coś przypomina, ruszył w stronę poczekalni. „Ale macie śmieszne twarze… manekiny jesteście, ludkowie jacyś!… Manekiny!!! Spaaadać, kurwka wodna”, pomyślał do stojących.

– „Express” poproszę.

– Nie ma już „Expressu”.

– „Sztandar” może być – powiedział, zapłacił i ruszył do poczekalni.

– Reszta, proszę pana! – Kioskarka poprawiła mu humor.

– Masz na imię Stanisław… albo Stefan… – krzyknęła za nim Cyganka. – Stefan! Tęsknisz za kobietą… starszą… ona wredna jest… ona ma tylko swoją miłość… odepchła cię pradawno… jak tylko cię poczęła… późno się zorientowała, to się urodziłeś… duży pieniądz cię czeka od tej kobiety, ale nie ucieszy. Pieniądz zdrady. No połóżże banknot!

Oczekujący przenieśli wzrok na Cygankę: co jeszcze powie?

Cyganka ruszyła za nim, w lekkim transie wołając przez zaciśnięte zęby:

– Indianka nie dla ciebie przeznaczona! Nie idź w jej łoże! Trzymaj się pochylonej damy! Szczęście wieczne da ci na ziemi, pani nad paniami, czarna dama.

„Indianka!”, prychnął Stefan. „A ja kowboj!”.

– Twoja matka… …śle posłańca do ciebie… – dodała Cyganka, czując, że ta mocna wiadomość przyszła do niej z zewnątrz świata, z wewnątrz czeluści samych. Ale komunikat z megafonu zagłuszyłd przepowiednię o okrutnym posłańcu. Cyganka, zrozumiawszy że obce zło jakieś weszło w jej wróżenie, przestraszona uciekła.

„Ciekawe, gdzie są te autobusy, co nie wracają z trasy? Napiszę horror o znikających pekaesach”, pomyślał Stefan. „E tam, bzdury. Wszystko już było. Wszystko było, oprócz tego, że kobieta mężczyźnie szczęście przyniosła… W dupie tam! Napiszę o szczęśliwej kobiecie, co mnie na koniec uszczęśliwi! – zarechotał i na chwilę polubił się.

Tymczasem CZARNA FIGURA, stojąca na rozstajach dwa kilometry od Zamyśla, opodal linii kolejowej Warszawa-Ostrołęka, po przesłaniu Cygance komunikatu dla Stefana, zabłysła wściekle białkami. Z czoła demonicy trysnęła czarna błyskawica: uderzając w ziemię, boleśnie oparzyła grubą dżdżownicę. „Jasna cholera, wczoraj urwał mnie szpak, dziś ta dziwka przypiekła!”, pomyślała dżdżownica.

Czarna dostała swego piekielnego ataku: „Będzie mój!”, zawarczała (demony nie mają zdolności cieszenia się). „Nawet Ona nie skryje go przede mną! Pietruszczak, gnoju jeden szczęśliwy, będziesz mój!”.

Do Zamyśla Stefan jak zwykle przyjechał za wcześnie. Usiadł więc na przystanku, słuchając zachrypniętego skowronka i walcząc z pokusą, żeby wypić choć parę łyków wina, które kupił w spółdzielni i schował na dnie ortalionowej teczki. „Byłoby głupio, jakby świetliczanka poczuła, że sobie sam dziabnąłem, a jej nie poczęstowałem”.

W świetlicy zamyslańskiej szkoły Pietruszczak opisywał i klasyfikował rysunki dopiero późnym popołudniem, gdy dzieci wyszły już do domów. „Tematyka prac plastycznych, wykonanych kredkami świecowymi w grupie wiekowej 6-8 na przykładzie rysunków zgromadzonych w latach 1981-1985 w świetlicy opiekuńczej Publicznej Szkoły Podstawowej w Zamyślu, powiat wyszkowski, województwo ostrołęckie”. Pietruszczak wykazywał w swej pracy dyplomowej, że latem dzieci najchętniej rysują kwiaty i drzewa, zimą zaś – bałwany śniegowe i zabawy na śniegu.

Jolanta Bukwa, jego małopierśna promotorka, powiedziała, że szkoda, że się ograniczył do dwóch pór roku tylko.

– Ciekawa byłaby analiza kierunkową, jak dzieci widzą tegoroczną jesień! – Bukwa k ląsnęła językiem i zapaliła papierosa od papierosa, bo zaworek w jej zapalniczce znów szlag trafił.

– I jak ma być dobrze w tym kraju? – powiedziała wrzucając zapalniczkę do swojej torebki z okuciami w kształcie winorośli. – Dwa razy ładowana… zaworek poszedł, czy co…? No tak, zaworek strzelił…

 

Cdn.: 31 sierpnia + kilka przydatnych, jak sądzę, uwag o tworzeniu bohatera

 

 

*lewa tylna noga – żarcik; dziewczyny nie mają tylnych nóg.