Twoja własna prostytutka

 

 

Piszesz trochę albo nie trochę? Będzie więc fajnie, jeśli podzielisz się swoimi pomysłami, koncepcjami, „patentami” pomagającymi wymyślać dobre, nośne historie z ciekawymi bohaterami.

Blog składa się z dwóch części. ”. Część I: Rady i propozycje dla piszących prozę. Część II: powieść w odcinkach pt. „Bukwa”.  

 

Czas

Poprzednio – o roli Bohatera. Dziś o czasie.

 

 

Palić TV

Telewizja jest jak trawka. Daje przyjemność, zabierając czas, ogłupiając, trwale zmniejszając Twoje IQ. Telewizja jest rozrywką dla mas. Telewizja wywołuje puste emocje, nie inspiruje!!! Telewizja jest dla odbiorcy, nie dla twórcy. Poważnie myślisz o swojej twórczości? Wynieś to g….o do piwnicy.

Jak szybko upływa czas, możesz się przekonać, wykonując proste zadanie. Usiądź do pisania, nastaw jakiś czasomierz, by Cię alarmował co piętnaście minut. Szybko się przekonasz, że życie składa się z krótkich kwadransów, bardzo szybko mijających, tak jak i całe to życie doczesne.

 

Nulla dies

…sine linea. Ani dnia bez kreski. Ani dnia bez jednego (chociaż) zdania. Ważna jest regularność. Dzień po napadzie szału pisania przychodzi kac: zwykle trzy czwarte tekstu wyrzucam do kosza. Z drugiej strony, jeśli czujesz, że masz dobry dzień (wieczór, poranek), wykorzystaj go, ponieważ jest to czas wyjątkowy. Godziny, w których pisze się lekko, łatwo i przyjemnie są bezcenne

 

Wydajność

Zależy od motywacji. Od młodości uważałem, że jestem w stanie napisać najwyżej jedno opowiadanie na miesiąc. Aż podpisałem umowę wydawniczą, zobowiązując się do napisania szesnastu opowiadań w niecałe pół roku. Motywacja czyni cuda. Wydajność zależy głównie od motywacji, którą należy w sobie wzbudzić, np. pisząc opowiadanie na konkretny konkurs. Dane dzieło bowiem wykonujemy w czasie, w jakim musimy. „W tym roku napiszę książkę” może oznaczać „Nigdy nie napiszę tej książki”. Najlepiej: „Do trzydziestego listopada napiszę książkę.” 

 

Szybkość

Radzę pisać szybko, zwłaszcza w dobrych dniach. Raczej nie zatrzymywać się. Zdarza się, że dochodzę do ważnej sceny, nie do końca wiem, jak powinna się rozegrać,  w głowie zaś akcja galopuje dalej. Wtedy kilkoma równoważnikami zdań opisuję scenę i „lecę” dalej. Scenę oznaczam, żeby następnego dnia, czy później, łatwo znaleźć. Dobrze też jest z tą (ważną) sceną chodzić, szukać skojarzeń, okoliczności jej rozegrania, itp.   

 

Marzenia

Marzenia demotywują. Miałem je przez lata w głowie. Są jak tłuste kotlety mielone. Bleee! Mężczyzna nie marzy, mężczyzna postanawia. Trudno być prawdziwą mężczyzną.

 

Demotywatory

Żona może demotywować, jak cholera, rodzice i rodzeństwo. Sąsiad może demotywować, gorzej, gdy to robi kumpel.

„Przestań pisać wiersze, weź się chłopie za konkretną robotę”, mówią niektórzy ludzie. Unikaj niektórych ludzi.

Dla wielu osób piszący są dziwakami. Powiedziałem znajomemu: „Wyrasta mi trzecia ręka, już widać paznokcie”. To znaczy, powiedziałem: „Podpisałem umowę na książkę.” Tylko on zareagował, jakbym oznajmił, że wyrasta mi druga głowa. Popatrzył na mnie zaniepokojony i szybko zmienił temat. Nie należy się tym przejmować i nie należy wszystkim mówić o swoim pisaniu.

 

Zadanie

Zdolności literackie są rzadko spotykanym darem-zadaniem. (Nie należy go marnować.) Za prezenty dziękuję się Darczyńcy. Nie wypada marudzić, próbować wymienić prezentu na inny, warto zaś prosić o światło, wytrwałość, powodzenie. Światło, czyli rozeznanie, co jest najważniejsze.

 

Rozeznanie

…dostałem wiele lat temu. I zmarnowałem je! Nieżyjący już znany pisarz uprzejmie przeczytał moje próby literackie (scenariusz filmowy i humoreski).

– To, do kosza – powiedział wskazując scenariusz. – A Szczawiński jest tu! – dodał machając opowiadankami, które napisałem tak sobie, jakby na marginesie.

Wskazał mi drogę!

Ja zaś zmarnowałem kilkanaście lat, pisząc koszmarne scenariusze oraz powieść, zawstydzająco nieudolną. Sam siebie ukarałem, ulegając pięknej prostytutce, która ma na imię Pycha. Pycha chętnie się do nas, piszących, przykleja. Najczęściej ubiera się w fałszywą skromność.

Pokora plus poczucie własnej wartości są bezcenne. Można ten stan osiągnąć, często poddając swoją twórczość ocenie, godząc się ze swoimi ograniczeniami i faktem, że są miliony lepszych ode mnie.

  

Przesiąknie

Rano, zamiast włączyć radio (TV już wyrzuciłeś, mam nadzieję), weź kartkę, przeczytaj kilka zdań, które wczoraj napisałeś.

– A o co tu się rozchodzi, panie Szczawiński? – spytała kiedyś pewna kobieta, przeczytawszy moje opowiadanie.

– A co się tu rozchodzi z tym porannym czytaniem?

A o to, żeby ukierunkować swoje myśli na całe przedpołudnie, swoją podświadomość, czy co tam w człowieku siedzi. Oczywiście, w pracy, w szkole człowiek nie ma głowy rozmyślać o swoim pisaniu, lecz jadąc autobusem, tramwajem, idąc przez park, siedząc w kiblu, jak najbardziej.

 

Liczenie-ćwiczenie

Takie ćwiczenie: zapisz na kartce, ile czasu poświęciłeś na pisanie w danym dniu. Odliczając wychodzenie na siusiu, patrzenie w okno, zaparzenie herbaty, sprawdzanie poczty, na rozmowę telefoniczną. Podlicz minuty na koniec.

 

 

Bukwa

 

 

Jednak po dwóch miesiącach małżeńskiego życia Stefan zrozumiał, że jego związek z Andżeliką niekoniecznie prowadzi do stworzenia rodziny prawidłowej, nawet według uproszczonego modelu Jolanty Bukwy, modelu przeznaczonego dla osób z deficytami w stopniu znacznym.

Swoje rozczarowanie szczególnie boleśnie odczuwał siedząc przed swym „Łucznikiem” i walcząc z obezwładniającym uczuciem twórczej niemocy, podczas gdy Andżelika trącała go w ramię, żeby przyniósł drewna albo zaczynała opowiadać najnowsze wydarzenia ze szkolnej kuchni.

Nie przekonał jej nagrodą w powiatowym konkursie literackim, siebie zresztą też nie. Było to stare, teraz przerobione opowiadanie o miłości. Jeszcze większy smutek go ogarnął, gdy Andżelika odmówiła udziału w uroczystości wręczenia nagród, choć na zaproszeniu napisali, że „konsumpcja obejmuje osobę towarzyszącą”.

– Andżela, mówię ci, jedź ze mną! Wyżerka będzie: flaczki, kurczak i tort. I swój ci oddam. Lubisz tort, nie?

– Za pekaes chociaż wrócą? – spytała.

 

„Słońce grzało ciepłem starego człowieka”, napisał po raz setny, westchnął i obrócił się, czując na karku czyjeś spojrzenie. Na krawędzi szafy stała do góry nogami Mucha.

– Idź na spacer – powiedziała. – Niech twoje przygnębienie wyjdzie ci piętami, a radość życia niech wejdzie przez twe nozdrza.

Mucha z satysfakcją zatarła łapki i wytargała swą czarną, wielkooką główkę.

– Weź mnie ze sobą do kieszeni. Wiesz, że jak pojechałeś do Wyszkowa po nagrodę, Jacas zaszedł do Andżeliki, twojej żony? Dwa razy?

– No i co z tego? – wzruszył ramionami. – Jacas! Gminny osiłek! Mózg wypocił na siłowni. Zaszedł… co z tego, że zaszedł. Andżela nawet nie miałaby o czym z nim gadać… o tricepsie? O jego lokach? Czy że wygląda na Włocha? Zresztą, jakiego tam Włocha! Na Cygana, co wczoraj jeździł po chałupach z patelniami.

– Rozczarowałeś ją, chłopie. To jest kobieta w sam raz dla Jacasa. Widziałam, jak wczoraj wróciłeś radosny z dyplomem, wciąż nawijałeś o tej Bukwie. Andżelę naburmuszyłeś! Bukwa zresztą też nie dla ciebie.

– Wino w pekaesie sobie wypiłem, to i humor miałem. Masz rację, pani docent Bukwa to typ naukowca, kobieta z klasą, gdzie mi tam do niej! Wyobraź sobie, że potrafi w dwóch-trzech zdaniach zarysować problem i człowiek od razu rozumie o co chodzi. Nie, nie, ona nie dla mnie. Za wysokie progi. Mogę się do niej zapisać, żeby zdiagnozowała moje małżeństwo z Andżelą. Nie przeczę, Mucha, jakieś deficyty występują, nie jest to związek do końca prawidłowy, ale docent Bukwa potrafi nie tylko postawić rozpoznanie, ale i wskazać ścieżkę naprawy. Wyobraź sobie, widziałem niejedno wdzięczne małżeństwo, które przyszło z kwiatami dziękować. No dobra, jedno małżeństwo. Ale jakie szczęśliwe!

– Ty powinieneś żyć sam, cierpieć sam i pisać sam… Mówię ci, klapki masz na oczach.

– No właśnie, gdzie jest klapka na muchy? – zażartował.

– Cham! – powiedziała Mucha i obrażona poleciała do kuchni.

– A wy kobiety wszystkie tak samo zachłanne… Nie biorę cię na żaden spacer! – powiedział kategorycznie.

Cicho zamknął drzwi, dość już miał codziennego masowania kikuta Andżelikowej nogi po każdej drzemce i wysłuchiwania, czego jeszcze nie udało mu się zrobić w domu, a o co ona prosi od tygodni. „Faktycznie, muszę naoliwić drzwi i skopać grządkę…”, pomyślał zniechęcony. „Aha, i dach załatać na drewutni. Ale jak się kurde łata dach? Jak ja nawet drabiny nie mam!”

Czując się rozpaczliwie samotny, zapragnął spotkać kobietę, najchętniej piękną, rudowłosą w długiej zielonej sukni, malująca usta jaskrawą szminką, koniecznie nieszczęśliwą, ale bogatą, która natychmiast zakochałaby się w nim do szaleństwa, a on pokochałby ją równie silnie. Uszczęśliwiona, sfinansowałaby jego udział w literackich warsztatach, które od października poprowadzi w „Hutniku” osobiście sam Mistrz Słowa. Kupiłaby im rower, dwa rowery nawet, albo składak-tandem. Jeździliby na długie spacery, ona pachniałaby później w jego wykrochmalonej na sztywno pościeli różanym mydełkiem, które w tajemnicy przed Andżeliką kupił w Peweksie za ćwierć bona i schował w drewutni, sam nie wiedząc, dlaczego. A raczej, dla kogo. Ona, wymarzona, byłaby dla niego skarbem, a on dla niej klejnotem. I do zbliżenia doszłoby między nimi dopiero po kościelnym ślubie, podczas snu.

Rozmyślaj doszedł aż do Zamyśla-Letniska, gdzie za młodym lasem sosnowym kryło się prominenckie osiedle domków letniskowych. Obok przebiegała linia kolejowa do Ostrołęki. Czerwona tarcza słońca krwawo zabarwiała chmurki-baranki, jakby składając je w ofierze nadchodzącej nocy. Wiatr ustał. Nastał moment zupełnej, przedwieczystej ciszy. Spojrzał na szyny zbiegające się w zamglonej dali i pomyślał: „Pędzimy przez życie jak spóźniony pociąg. Lecz warto czasem przystanąć na stacji refleksji”. Wyjął notesik i zapisał tę myśl. Twórcy beztrosko gubią dobre kwestie, jak dziurawy worek złote ziarna.

Podkłady pachniały rozgrzaną smołą i daleką podróżą. Boża krówka wędrowała po błękitnej szynie konformistce, zawsze przybierającej barwę nieba. Stefan, narzekając na rozstaw podkładów, ruszył nienaturalnie krótkim krokiem, jakby prowadził staruszkę pod rękę. Proste aż po horyzont szyny zaprzeczały kulistości Ziemi. Zatrzymał się, by chwilą ciszy uczcić gasnący dzień. Wiatr poruszył zbrązowiałe zeszłoroczne listki na dzikiej gruszy przy torowisku. Dwie żaby ukryły się pod liściem łopucha. Dżdżownica wysunęła się z ziemi i podglądała zielonych kochanków, gdy nagle kret odgryzł jej kawałek ogona. Jeszcze pół godziny temu, gdy spotkali się pod ziemią, grzecznie się jej ukłonił!

– Dwulicowe bydle ty!!! – zawołała za oddalającym się kretem.

Stefan zbliżał się do Czarnej Figury, zwanej też Czarną Damą, stojącej trzy kilometry od gminnego miasteczka Zamyśl, na rozstajach. Dama pochylała się w kierunku letniskowego osiedla, jakby nasłuchując dobiegających stamtąd odgłosów, a była przechylona, gdy w zeszłym roku czterech robotników przewracało ją ciągnikiem sześćdziesiątką. Lina pękła, trzech robotników poniosło śmierć na miejscu, ale jeden z nich powrócił do życia w Piramidzie wybudowanej przez Valdiego.

– Ona, ta nasza Czarna Dama świetlanej przyszłości, pochyla się nad ludzkim losem każdego z nas – powiedział Valdi podczas uroczystej sesji Rady Gminy Zamyśl. – Pójdziemy procesyjnie przeprosić ją za to, co się stało – zakończył, bo poprzedniej nocy demony nawiedziły go przed świtem, przerażony oddał mocz w pościeli.

Nikt już potem nie próbował usunąć kamiennej figury. Powiatowy konserwator zabytków sfotografował siedmiometrowy posąg, wpisując go na listę prawem chronionych zabytków. Zanotował, że „naturalistyczna rzeźba młodej kobiety o wschodnich rysach jest wartościowym dziełem sztuki, nieznanego – jak się zdaje – autora”. Konserwator nie potwierdził ponadto jakoby nocą fosforycznie świeciły jej oczy, jak donosili miejscowi. A jeśli nawet, to co z tego? Valdi, proboszcz Kościoła Uniwersalnego, powiatowa szara eminencja, zaproponował, aby Figurę nazwać „Posągiem Zwycięstwa” i corocznie składać pod nią w sześćsetlecie Zamyśla kwiaty w rocznicę jego czarnego objawienia. Valdi miał też poprowadzić wesoły, barwny korowód dziękczynienia. Jego asystent Jacas, atleta gminy Zamyśl, wysmarowany przepracowanym olejem silnikowym, dałby pokaz kulturystyczny, Stefan zaś wygłosić miał krótki rys historyczny. Stary Proboszcz zaprotestował:

– Przez Figurę manifestują swoją obecność demony!

Po złożeniu hołdu, demony zaczęły poruszać ziemią w Zamyślu. Dróżniczce, mieszkającej, opodal Figury, urodził się Ludek, który zaraz po porodzie uciekł do Puszczy. W Białymbłocie podobno powróciła zmarła przed laty znachorka. .

Valdi odrzucił protest Starego Proboszcza:

– Demony są, ale tylko te przyjazne.

Program uroczystych, lecz radosnych obchodów był bogaty. Stasiek Kulesiak przyjął zadanie wejścia do fontanny (element beztroskiej ludowej zabawy z odcieniem arystokratycznej ekstrawagancji). Fontanna była nieczynna, więc Jacas polewał Kulesiaka z drabiny konewką. Pietruszczak zapamiętał ten uroczysty dzień z najdrobniejszymi szczegółami. Wszyscy go zapamiętali, bo to wtedy właśnie umarł, a następnie ożył, Valdi.

Już ranek zapowiadał, że nie będzie to zwykły dzień: gałki oczne Figury przesuwały się raz w prawo, raz w lewo, jakby Czarna lustrowała przygotowania do swojego święta. Gdy rozpoczęły się uroczystości, minę miała skupioną, ale niezbyt zadowoloną: jej ulubieniec Valdi nie przyszedł o świcie, aby złożyć codzienny hołd. Tymczasem na placyku apelowym za budynkiem Urzędu Gminy zebrał się uroczysty tłum. Jacas na stronie ćwiczył mięsień kapturowy. W spółdzielni rozdawano po małym piwie mężczyznom i po szklance landrynowego napoju kobietom i dzieciom. Za stodołą Kulesiaka kloszard z Mławy odpłatnie pokazywał swój wędrujący od pasa łonowego aż po podgardle naczyniakomięśniakotłuszczak; jego podanie o nadanie tytułu artysty anatomicznego nie zostało jeszcze rozpoznane, a tłuszczak był bardzo żarłoczny.

Wesołej tej zabawie patronował nowo wybrany Najbogatszy Człowiek Powiatu, sędzia Pucułka oraz Lona, jego nowa żona, była świetliczanka, a następnie wiejska prostytutka pod-dźwignięta z upadku moralnego i przywrócona społeczeństwu.

Podczas uroczystości, zanim jeszcze Stasiek Kulesiak zdążył wejść do nieczynnej fontanny, przez tłum świsnęła wieść, pozostawiając czerwoną pręgę strachu: „Valdi nie żyje!!!”.

Leżał na przystanku pekaesu, stanowisko drugie, pozycja pierwsza w katalogu Köchela. Rysy jego twarzy złagodniały, policzki zaróżowiły się. Gapie zauważyli, że Valdi po śmierci ma w sobie więcej życia.

Nadjechał karawan, jeden koń kulał. Panowie we frakach i cylindrach z białymi pióropuszami przykucnęli nad zwłokami. Posterunkowy powstrzymał ich i ruchem dłoni nakazał sierżantowi, by pobiegł po lekarza. Zbyt wielu wrogów miał Valdi, może ktoś go otruł? Stary Proboszcz?

Lekarz przybył po dobrym kwadransie. Nachylił się nad Valdim, odciągnął jego powiekę. Dłoń Valdiego drgnęła, jakby czynność lekarza sprawiła mu przykrość. Lekarz nacisnął skórę na policzku, po czym poderwał się, chwycił posterunkowego za rękaw (milicjant uniósł brwi, zaskoczony poufałym gestem) i gwałtownie wypowiedział kilka zdań. Posterunkowy zbladł. W Zamyślu zapadła prawie absolutna cisza, tylko przeziębiony skowronek brzęczał wysoko. Posterunkowy, nie panując nad sobą, powiedział na głos:

– Nie żyje od roku…

Wieczorem Valdi ocknął się i wyszedł z kostnicy. Mówiono jednak, że powrócił do życia w swojej Piramidzie, dokąd zaniesiono ciało na żądanie jego żony, pięknej Eweliny.

Tymczasem Pietruszczak brnął dalej w swój terapeutyczny spacer. Nie podnosząc wzroku minął Czarną Figurę, przed którą w zeszłym roku pijany wygłupiał się z Kulesiakiem, przytulając się do Figury i wołając „Zostań moją panią!”. Po powrocie do domu z przerażeniem stwierdził, że zamiast brzęczenia wielkiej muchy z błyszczącym odwłokiem, rozumie jej mowę:

– Kocham cię! – zawołała Mucha.

To były pierwsze słowa, które od niej usłyszał. Nikomu nie zdradził, że otrzymał ten straszliwy, czarny dar piekieł.

– Stefaaaaan! – Figura brzęczała jak linia wysokiego napięcia w wilgotny dzień. – Jesteś mój, chooodź kochaaany, bo ci życie skręcę… Rooooozbieeeerz się!

Wzdrygnął się, czując demoniczne wibracje uderzające w jego ciało.

– Idź do cholery! – zawołał i ruszył wzdłuż sosnowego lasu, kryjącego luksusowe domy letniskowe, niektóre z betonowymi basenami, w większości zaniedbanymi, w których łuszczyła się olejna farba.

Wtem zobaczył idącą z przeciwka postać, i doznał przeczucia, że czeka go trudne spotkanie. Od wysokiej bramy, prowadzącej do letniskowego kompleksu, zbliżała się w jego kierunku osoba w długim płaszczu, w kapeluszu z szerokim rondem. Mężczyzna, wysoki i gruby, idąc wykonywał osobliwe ruchy – pociągał prawą nogą, która przy każdym kroku zostawała z tyłu, po czym była przestawiana przez właściciela do przodu, wtedy dołączała do niej lewa, zdrowa noga. Mężczyzna wzbudzał tumany kurzu.

Pietruszczak poczuł w swoich trzewiach podniecone oczekiwanie, jak przed pierwszą randką z piękną dziewczyną, choć, rzecz jasna, nie było w nim tu żadnego nastroju erotycznego.

Zbliżyli się do siebie na odległość kilku kroków. Stefan zatrzymał się.

„Wygląda jak pirat”, pomyślał widząc gęstą, nieuporządkowaną siwo-czarną brodę wielkiego mężczyzny.

Popatrzyli sobie w oczy. Stefan, zdziwił się, że nie speszyło go stalowe spojrzenie nieznajomego. Mężczyzna przestał na chwilę sapać i powiedział:

– Przyjdziesz do mnie za dwa miesiące, czternastego marca, to będzie czwartek, o ósmej wieczorem.

– Dobrze – odpowiedział Stefan.

– Drewniak numer trzynaście… uliczka Pachnącej Róży… naprzeciwko domu z różowym marmurem i zgniłym basenem.

– Dobrze – powtórzył Stefan.

– Nazywam się Rajzerer, jestem psychiatrą, profesorem zwyczajnym. Niepunktualnych gości tłukę kijem.

Stefan nerwowo prychnął śmiechem.

– I dlatego tak cuchnie z mojego basenu.

Profesor Rajzarer oddalił się szybko, sprawnie i płynnie przemieszczając swoją nieczynną nogę. Stefan stał chwilę zaskoczony: rozmawiali ze sobą nie otwierając ust, ani nie wydając dźwięków. W każdym razie tak mu się zdawało.

 

W tym czasie Jolanta Bukwa kończyła pisać drugi rozdział swojej pracy doktorskiej „Wzorzec rodziny prawidłowej”.

 

Późnymi wieczorami, ale bardzo nieregularnie, gdy Andżeliki nie było w domu, z Puszczy Białej przychodziła do Stefana półprzezroczysta, seledynowa Organella. Rozsnuwała się z mgły, wpływała na jego podwórko od strony drewutni i trochę zgęstniawszy, delikatnie pukała wiatrem w szybę lufcika. Raz, zobaczyłwszy ją Zocha Kulesiakowa, rozjazgotała na całą wioskę, że Pietruszczak ściąga z Puszczy zielone ścierwa, przez co jej krowa dostała zapalenia wymion, a Mruczek chodzi tyłem.

„Marzę za intensywnie. Zaczynają mi z głowy wychodzić”, pomyślał przestraszony. Pamiętał opowieść Kulesiaka jak okulawili cepem i wygnali ze wsi cwaniaka, co przyjechał schwytać do cyrku Leona, odyńca zakochanego w Organelli. Leon uniknąwszy zasadzki, mścił się potem, okrutnie kalecząc wymiona krów na pastwiskach.

 „Organellę wykasuję, nie można mnożyć postaci. Ludka na razie jeszcze zostawię”, postanowił. „Muszę mu tylko przypiłować mu ząbki. Ludek jeszcze mi podziękuje, nie będzie zębami haratał sobie wargi”.

Wieczorem odwołał jednak swoją decyzję. Organella pozostanie w powieści jego życia. Organella była cenna, ponieważ podniecała go twórczo – po jej wizycie, w ciągu jednej nocy napisał nagrodowe opowiadanie pod tytułem „Marzenia mężczyzny”.

„Gdybym uczłowieczył Organellę” – rozmarzył się. – „Może nawet Stary Proboszcz pozwoliłby mi ją za żonę wziąć… Matko moja! Co ja wygaduję, przecież jestem żonaty… żonaty… jeszcze trochę… a dalej, co ja zrobię dalej? Znów się Andżeli oświadczę? A jak mnie nie przyjmie? Będzie wstyd na całą wioskę. Tak, to całkiem prawdopodobne”, rozmyślał z nieszczerą przykrością stwierdzając, że te rozważania sprawiają mu ciepłą przyjemność. I im bardziej mu było z tego powodu przykro, tym bardziej przyjemnie.

Tej nocy trzykrotnie zdradził Andżelikę: dwa razy z Bukwą i raz z Eweliną. Z tym że z Eweliną całował się tylko w świetle księżyca pod wielkim dębem na leśnej polanie. Potem uciekał przed leśnym złodziejem, który okazał się trochę Jacasem, trochę Valdim. Sen ten wydał mu się wspaniałym materiałem na księżycowe opowiadanie, ale gdy się do końca rozbudził, wkręcił kartkę do swojego „Łucznika”, żeby zapisać swoje nocne urojenia, natychmiast zrozumiał, że nie powstanie z tego żadne księżycowe opowiadanie. I, przyrzekłszy sobie, że nigdy już nie będzie próbował przekładać swoich snów na opowiadania, wyrwał kartkę z maszyny do pisania, roztarł ją starannie w dłoniach i poszedł do drewnianej ubikacji, stojącej za krzakiem bzu, w rogu jego podwórka.

 

Nagrody wręczano w pachnącej lekką stęchlizną sali widowiskowej domu kultury „Hutnik” w Wyszkowie (województwo ostrołęckie, patronat wschodnioniemiecki).

„Jestem innym człowiekiem”, pomyślał odbierając trzecie wyróżnienie za „Marzenia mężczyzny”. W kopercie było dziesięć milionów złotych, dwa natychmiast wydał w „Blaszaku” na buty, w starych po każdym deszczu zmieniał tekturkę, ale tekturki się kończyły. Szczęściem znalazł w drewutni, w skrzyni na żywicowe polanka, zapas torebek foliowych po mleku. Nie lubił ich, bo przesuwały się i po pierwszej kałuży miał mokre skarpety. Dziś poczuł się prawdziwym mężczyzną: oto za własne, dodatkowe pieniądze, zarobione własną twórczością literacką nabył porządne, fabrycznie nowe buty. Właściwie – półbuty.

„Marzenia mężczyzny” zaczynały się srebrzyście: „Kobieta może zabić mężczyznę, pozostawiając go przy życiu.”

Była to historia młodego, utalentowanego pisarza, który osiadł na wsi i którego porzuciła żona, a przygarnęła dziwna samiczka, która pewnej nocy przychodzi z Puszczy. Stefan nazwał ją Organellą, ponieważ przez półprzezroczystą błoniastą skórę, jednak przyjemną w dotyku, mniej więcej jak pysk mopsa, widać było zarys niektórych narządów. Kiedyś, przyglądając się jej w blasku żarówki wiszącej na ganku jego białego domku rozpoznał pęcherz moczowy Organelli; zaciekawiony zerknął niżej i zawstydził się, bo Organella schwytała jego spojrzenie i zapraszająco wysunęła biodra do przodu, a jej oczy przybrały blask oczu kobiety gotowej na przyjęcie nowego życia.

„Cholera wie, co by się z tego urodziło!”, myślał przestraszony. „Wystarczy, że spłodziłem w swojej wyobraźni koszmarnego Ludka! Jak on mi się z głowy wydostanie, ludzie na wiosce obu nas zatłuką…”

Zresztą, Stary Proboszcz karcił go za samo podniecające rozmyślanie o Organelli i jej ciele (Stefan robił to przed obcowaniem z Andżeliką, aż Jacas sprzedał mu torebeczkę z pastylkami johimbiny).

Jurorka, którą właśnie porzucił Mistrz Słowa, czytając tę piękną historię romansu Organelli, romansu łagodnej leśnej demonicy z człowiekiem, płakała. Wręczając zaś kopertę popatrzyła na Pietruszczaka błyszczącymi, czarnymi oczami.

„On by człowieka uszanował”, pomyślała.

„Przepraszam jestem trochę żonaty”, odpowiedział jej spojrzeniem zbitego psa.

– Bardzo dziękuję za wyróżnienie. Będę starał się udowodnić dalszą twórczością, że zasłużyłem. Nie zawiodę zaufania fundatorów, jurorów i pani… – powiedział i zawstydził się. Powinien jeszcze dodać, że wiele zawdzięcza Partii i władzy ludowej, ale nie potrafił. Czuł poza tym, że formuła jego twórczości powoli wyczerpuje się.

 Wracając o zmierzchu do Zamyśla, patrzył przez zardzewiałą szybę autobusu na wciąż jesienny krajobraz.

„Formuła mojego małżeństwa też się wyczerpuje. Wino wypiję.”

Wysiadł przystanek wcześniej i ruszył ku domowi, zadowolony, bo w nowych, wygodnych męskich butach. Nad nim rozciągało się czerniejące, niebo podziurkowane pierwszymi gwiazdami. Wilgotny wiatr niósł zapach spleśniałego siana (krowy dawały mleko o smaku pleśni). Tumany mgły przewalały się przez szosę. Stefan z każdym oddechem wyrzucał białą plwocinę. Topole, widziane nocą w czarnym zarysie, powypuszczały zielonoblade, rachityczne listki, szumiały jesiennie smętną pieśń przemijania, teraz jakby złośliwie zatrzymanego, więc podwójnie bolesnego.

A zima tego roku wciąż nie przychodziła! Świat wpłynął w miesiąc luty nieświeżą jesienią, pokrytą białawym nalotem, pachnącą gnijącą słomą i mokrym próchnem.

Wszedł do swego białego, murowanego, dwuizbowego domku bez bieżącej wody, ułożył pieniądze na stole i, nie zapalając światła, czekał na Andżelikę. Był prawie szczęśliwy, prawie radosny, choć nie był pewien, czy tak się właśnie czuje radość. Pożałował, że nie wypił wina, które miał schowane w szopie. „Co by człowiek zrobił na tym świecie bez win!”. Ale było już za późno. Skrzypnęła furtka.

– Jesteś? – Andżelika zawołała od progu.

– Jestem, jestem. Jestem innym człowiekiem! – odkrzyknął. Jego wnętrzności wibrowały oczekiwaniem na solidarną radość Andżeliki. Oto jej mąż przynosi do domu nagrodę! Pieniężną! Nie będzie pokłosia, ale pal licho pokłosie! Zastanawiał się, czy od razu powiedzieć Andżelice drugą radosną wiadomość: teraz już prawie na pewno dostanie uprawnienia na powieść! I bez żadnej łaski: cztery ryzy papieru na miesiąc i dwie taśmy czarno-czerwone do jego „Łucznika”, plus korektor (do wyboru – w płynie lub w papierkach, Stefan wolał w płynie, bo ładnie pachniał amoniakiem). Spróbuje Andżelice wyjaśnić, że się mylił, że dalej będzie pisał: formuła jego twórczości znów się wypełnia! Pokaże nagrodowy dyplom, a ona zgodzi się na kurs u Mistrza, może będzie nawet nalegała! Zaczochra go po głowie, „mój ty pisarzu”, powie. On jej pozwoli, żeby pokazała dyplom koleżankom w szkolnej kuchni (tylko żeby nie potłuściły). Przestaną gadać, że wzięła sobie pół babę, pół chłopa, co nawet kosą nie umie robić ani konia nie zaprzęgnie, nie wie choć, co to orczyk. („A po co mi konia zaprzęgać, nawet psa nie mamy”).

– Weź ode mnie siaty… dostałam ćwierć kilo podgardlanej bezkartkowej… dwa kotlety mam, po dwa tylko wzięłyśmy, Zocha Kulesiakowa trzy, bo ma brata w szpitalu. Weź siatki… Ledwo dolazłam. Napiszesz mi później na maszynie podanie o protezę, bo ta drewniana skrzypi, Valdi zaopiniuje… tytanowa w Peweksie kosztuje tysiąc bonów… Szkoda, że matka ci już dolarów nie przysyła. Polubiałaby mnie, jakbyśmy się poznały. Co tak po ciemaku siedzisz?

Przekręciła kontakt, świetlówka w kuchniopokoju zamigotała i wystartowała ohydnie brzęcząc. Stefan nie znosił tego światła. W świetle jarzeniówki, mimo że ledwie przekroczył trzydziestkę, wyglądał na starego, zmęczonego człowieka, któremu życie się nie udało. Lub prawie nie udało.

– Tak, Andżuś, biorę siaty – powiedział czując, że miejsce dumy wypełnia rozczarowanie i chłodny smutek, czarna woda w studni.

– Wasz kontrakt ślubny się kończy! – posłyszał pachnący dobrymi papierosami i koniakiem niski, zmysłowy kobiecy głos. – Będziesz wolny.

– Kto to mówi? – Stefan stanął znieruchomiały z siatkami i rozejrzał się. – Organella, to ty? – spojrzał na lufcik, w którym często widział jej ogromne zielone oczy. Ale w lufciku odbijała się tylko ohydna jarzeniówka.

Luksusowy zapach szybko ustąpił woni ciepłych kotletów mielonych z cebulą.

Spacerująca na framudze Mucha uśmiechnęła się pod nosem: „Organusi mu się zachciało!”.

– A to ty, ja cię kiedyś cholera walnę! – powiedział do Muchy. – Musisz zmieniać głos!?

– Premia? – Zdumiona Andżelika dostrzegła wreszcie wachlarz ułożony z stutysięcznych banknotów. – Dostałeś premię? – Była bardzo zdziwiona. Dyrektorka nie dalej jak miesiąc temu powiedziała, że Stefan nigdy nie dostanie żadnej premii, a przeciwnie, będą mu potrącać z pensji za zgubione kredki.

– Mówiłem ci rano, że jadę do „Hutnika” po odbiór wyróżnienia za moje opowiadanie, nie pamiętasz? – powiedział urażony.

– Wieeeem, pamiętam. Tylko myślałam, że ci nawet za pekaes nie zwrócą, że sam dyplom dostaniesz, albo talerz…. Talerz w nagrodę raz dostałeś, nie?

– Paterę – burknął (Andżelika podstawiła paterę pod doniczkę z geranium). – I pokłosie wydali.

– Miedzianą paterę ze stylizowanym podpisem twórcy, debilico! – zaskrzeczała Mucha.

Andżelika wsunęła pieniądze pod bieliznę w szafie.

– Może starczy na opał… Ile tego?

– Dziesięć milionów… osiem… bo buty se kupiłem w „Blaszaku”. Męskie.

– Na bazarku są tańsze… To żeś z pół roku to opowiadanie pisał i poprawiał… – prychnęła. – Ja tyle za nadliczbowe dostaję miesiąc w miesiąc… No ale dobre i to – dodała.

– „Marzenia mężczyzny” napisałem w jedną noc – powiedział coraz bardziej urażony. – Bigos albo flaczki, do wyboru, z pieczywem w bufecie na koszt organizatora były, i herbata. Piwo za swoje dobrałem… – dodał hardo. – A kanapki wróciły, możesz wziąć do roboty. Jutro.

– W jedną noc! Co to za różnica? I tak jedna nagroda na rok… Aha, w Mławie dostałeś sam dyplom – Andżelika zgarnęła palcem kawałek podgardlanej z dziąseł, oblizała palec i przełknęła. – Do dzisiaj za pekaes mi nie zwróciłeś. Czterysta złotych!

– Ale pokłosie wydali – powiedział cicho.

I pomyślał: „Ona mnie zabija, zabija pozostawiając przy życiu”.